Poezja i proza

ROK SZKOLNY 2008/2009

 Reportaż – jeden dzień z życia szkoły (amerykańskiej)

7.20 – Wychodzę z domu i wraz z dwoma kolegami mieszkającymi obok udajemy się do szkoły, do której uczęszczamy: Granby High School w stanie Virginia, mieście Norfolk, USA.

7.32 – Ach! Spóźniliśmy się 2 minuty, musimy stanąć w kolejce po małą żółtą karteczkę potwierdzającą nasze spóźnienie i wraz z wejściem do klasy pokazać ją nauczycielowi, jako nasze „usprawiedliwienie”. Według mnie było to zupełnie niepotrzebne, ale może kryje się za tym jakiś głębszy sens.

7.40 – Pierwsza moja lekcja, czyli język angielski rozpoczęła się 10 minut temu, aczkolwiek naszej nauczycielce dopiero teraz udało się uspokoić klasę, gdyż uczniowie głośno rozmawiali oraz nie wykonywali poleceń. Następnie zaczynamy czytać „Romea i Julię”, lecz nie indywidualnie, ale w grupach. Każdej osobie przypadała rola danej postaci. Skończyliśmy czytać pierwszą scenę aktu pierwszego a pani wybiera uczniów, którzy jeszcze nie czytali, aby zamienili się rolami z tymi, co już czytali. Przez całą lekcję właściwie czytaliśmy i redagowaliśmy tekst  „Romea i Julii”.

9.00 – Dzwonek na następną lekcję. Trzeba się śpieszyć, ponieważ w tej szkole nie ma przerw między lekcjami, ale tylko 2-3 minuty na przejście do następnej klasy. Korytarz pełen ludzi, trudno się przecisnąć, gdyż większości z nich brak kultury , na szczęście  nie wszystkim.

9.03 – Udało się! Dotarłem do klasy na czas. Teraz matematyka a właściwie algebra. Jest to dosyć miła i ciekawa lekcja, lecz nie ze względów naukowych, alez uwagi na  naszą nauczycielkę od matematyki Ms. Jones (czyt. Dżons) i pewnego ucznia Deshawn’a Smith’a (czyt. Diszon Smif).
Otóż ów wymieniony uczeń jest bardzo dowcipny a co najlepsze, Pani Jones zna się na żartach. Zdarzało się nawet, że przez połowę lekcji śmialiśmy się z opowieści Deshawn’a. Podobnie było tym razem. Pani od matematyki o mało, co nie umarła ze śmiechu, ale nadszedł ten moment, kiedy trzeba zaprzestać żartów i zabrać się za naukę. Dzisiaj rozpoczęliśmy nowy temat o funkcji liniowej. Rozwiązywanie zadań dotyczących funkcji liniowej były nawet ciekawe (do dziś lubię obliczać zadania związane z tym zagadnieniem sposobem, którego nauczyłem się właśnie tam, w klasie Pani Jones).

10.32 – Następna lekcja, keyboarding, – czyli szybkie pisanie na klawiaturze, bez patrzenia na nią. Była to moja ulubiona lekcja, ponieważ nauczyłem się bardzo szybko pisać. Nasz nauczyciel keyboard’ingu był bardzo miłym panem,  o ciekawym pochodzeniu. Nazywał się Barry, pochodził z Afryki, mieszkał w Rosji przez pewien czas, a potem przeprowadził się do USA. Znał język francuski, angielski i rosyjski.  
Pan Barry był bardzo oryginalnym nauczycielem,  niestety zmarł pod koniec roku szkolnego 2007/2008. Kiedy nieumyślnie przeszkadzałem mu w jego lekcjach,  rozmawiając z moim kolegą obok,  zawsze głośno wykrzykiwał moje nazwisko z akcentem podobnym do rosyjskiego, „Pawlowicz!”  Trochę byłem zły, kiedy je wymawiał, ponieważ posługiwał się literą „o” a nie „e” tak jak w moim prawdziwym nazwisku.
Ta lekcja była bardzo podobna do innych. Mieliśmy za zadanie przepisać tekst (mniej więcej 600 słów), sformatować go i wydrukować, oczywiście musieliśmy wykazać się szybkością, dokładnością i bezbłędnością.

12.00 – Dzwonek kończący lekcje i rozpoczynający wyścig do następnej klasy. Niestety znowu muszę się „przecisnąć” przez tłum zapełniających korytarze, powolnych Amerykanów. Tym razem wydarzyło się coś ciekawego .
Wielu uczniów patrzy na bójkę dwóch czarnoskórych nastolatków. Ochrona widząc to w swoich kamerach,  natychmiast interweniuje,  wypuszczając gaz w miejsce bójki, który powoduje natychmiastowy kaszel i kichanie wśród uczniów.  Na szczęście objawy przechodzą po 10 minutach. Ochroniarze zakuwają w kajdanki bijących się nastolatków i prowadzą ich do biura ochrony i bezpieczeństwa w szkole. Pozostali informują uczniów, aby szli do swoich klas a ci, którzy mocno kaszleli i kichali skierowali się do pielęgniarki.
Ja również mocno kaszlałem i kichałem, ale na szczęście przeszło mi po pięciu minutach.

12.15 – Właśnie rozpoczęła się lekcja biologii. Dzisiejsza była chyba najciekawszą biologią w ciągu roku, ponieważ robiliśmy sekcję zwłok rekina (ok. 1 metr długości), rozgwiazdy, młodej świni i najbardziej ohydnej rzeczy, której nikt nie odważył się podjąć prócz Pani nauczycielki od biologii, mianowicie krowiego oka. Wszystkie te organizmy były martwe.
Moim zadaniem,  wraz z dwoma kolegami , było zrobienie sekcji rozgwiazdy i opisanie jej narządów wewnętrznych. W klasie panował ogromny smród, który głównie pochodził od rekina. Oczywiście na tej lekcji wszyscy musieliśmy mieć założony fartuch, gogle, maseczkę na usta i rękawiczki.

12.30 – W połowie lekcji wychodzimy na lunch trwający 30 minut. Tym razem,  jeśli jest się naprawdę głodnym,  to trzeba się śpieszyć i szybko zająć miejsce w jednej z kolejek po lunch.  Jeśli się nie pospieszymy,  to potem możemy stać w kolejce nawet 20 minut.
Udało się! Już jestem blisko pobrania mojego posiłku i zapłacenia w kasie. Stojąc w kolejce spostrzegłem, że jestem jedynym białym człowiekiem wśród pozostałych 20 murzynów. Hm… nie tak źle, dzisiaj kawałek pizzy, truskawkowe mleko i moja ulubiona kanapka z masłem orzechowym i dżemem (bardzo słodka). Teraz trzeba znaleźć miejsce przy jakimś stoliku.
Kończąc spożywanie mojego lunchu, poszedłem wyrzucić resztki, papierki i tacki do kosza na śmieci, aż tu nagle znowu coś się dzieje. Wybuchła jakaś kłótnia między dwoma dziewczynami.  W cafeterii robi się coraz głośniej,  a dziewczyny kłócą się coraz zawzięciej ,  mimo zwracającej im uwagę pani wicedyrektor. Po chwili kłótnia przeistacza się w bitwę na jedzenie. W takiej sytuacji trzeba uciekać jak najdalej .  O nie! Widzę nade mną,  wysoko w powietrzu  różowy płyn , na szczęście uciekłem. Dobrze, że zdążyłem się najeść, a nie tak jak niektórzy.

13.00 – Wracamy do klasy, na dalszą część biologii. Kontynuujemy sekcję organizmów,  a następnie sprzątamy po sobie nasze stanowiska pracy.

14.00 – Koniec lekcji. Hurra! To był ciężki dzień.
Na zewnątrz niewiarygodnie gorąco-  temperatura sięga 40oC w cieniu i w dodatku panuje wysoki  poziom wilgotności. Trzeba szybko wracać do domu i włączyć klimatyzację.

 

Autor: Karol Pawlewicz 3c
Opiekun: Agnieszka Czuryło-Budzińska

 

Gdybym był….

Był późny wieczór, chyba 22:30. W telewizji właśnie leciał film o odkryciach archeologicznych, w którym pokazywano, jakie cenne rzeczy można znaleźć w grobowcach faraonów. Mówili także, że na takich odkrywców czeka wielka sława i że może nim zostać każdy, nawet przez przypadek

Oglądając ten program, nasunęła mi się myśl, że i ja mógłbym zostać takim archeologiem. Na początku nie byłem tego taki pewien, ale jak pomyślałem o tych artykułach i zdjęciach o mnie w gazetach i w telewizji, od razu zacząłem myśleć, gdzie by takie poszukiwania zacząć. Na początku zamarzyłem sobie wyjazd do Afryki, do Egiptu ale po tym, jak zobaczyłem, że w kieszeni mam tylko 5 złotych i kilka grosz, od razu zaniechałem wyjazdu. Zacząłem się zastanawiać, jak i gdzie dokonać wielkiej sławy odkrycia małym kosztem. Myślałem przez całą noc, nie mogąc zasnąć. Dopiero nad ranem, chyba koło 5:00 wymyśliłem, że spróbuję w przydomowym ogródku. Może znajdę jakieś kości dinozaura - pomyślałem sobie i od razu wstałem, zabierając łopatę, po czym wybiegłem do ogrodu. Była to bardzo wczesna godzina, ledwo słońce wychylało się nad horyzontem. Słychać było ciszę, tylko czasami z oddali dochodził dźwięk przejeżdżających samochodów na głównej ulicy i pierwszych tramwajów wyjeżdżających z zajezdni i dlatego nie dziwię się, że po paru uderzeniach łopaty zobaczyłem rozzłoszczonych sąsiadów w oknach wykrzykujących takie teksty, jak: "Jest 5 rano, ludzie chcą spać"! Dlatego też zaprzestałem wykopalisk, rozpocząłem ponownie o 9:00, kiedy to moi rodzice wyszli do pracy.

Kopałem i kopałem, nie było końca kopania. Koło 11:00 zorientowałem się, że rozryłem prawie pół ogródka. Po paru minutach moja łopata uderzyła w coś twardego i rozległ się głuchy "brzdęk". Serce mi stanęło, a tętno mocno podskoczyło. Zacząłem kopać bardzo szybko z dużym podnieceniem. Po chwili okazało się, że to tylko stara cegłówka, która musiała się zawieruszyć podczas budowy domu. Po chwili podniecenia, zasmuciłem się. Cały trud poszedł na marne. W dodatku, kiedy rodzice wrócili, bardzo się zdenerwowali, zobaczywszy, że cały ogród jest zniszczony. Nakazali mi naprawić wyrządzone szkody. Po tej przygodzie nigdy nie zajmę się archeologią.

Autor: Damian Tarnowski kl. IIId
Nauczyciel: Lidia Kulik

 

 

Marta Wojtarowicz (3a) i Sylwia Roman (3c) zostały laureatkami w Międzyszkolnym Konkursie im. K.K. Baczyńskiego w kategorii: praca literacka. Poniżej praca konkursowa Marty Wojtarowicz.

Warszawa, 24.12.1943

Najdroższa Basiu!

To jest kolejny list, który do Ciebie piszę. Robię to tak często, gdyż jest to jedyna rzecz, która jeszcze utrzymuje mnie przy życiu i daje mi siłę. Z dnia na dzień jest coraz gorzej. Nadzieja umiera, a zamiast niej pojawia się przytłaczające uczucie pustki, zimna i samotności. Listy do Ciebie to jedyna pamiątka po normalnym życiu, którego już nie ma. Może dlatego ostatnio tak często pogrążam się we wspomnieniach? Nadal pamiętam. Każdą naszą wspólną chwilę, każde słowo, każdy gest. Tylko… chyba zaczynam zapominać samego siebie…

To właśnie Ty nauczyłaś mnie żyć i kochać. Kochać każde źdźbło trawy, każdą kroplę deszczu, każde ziarnko piasku. Cały ten piękny świat, dany nam przez Boga. Cały ten piękny świat, którym nie dane nam było się razem cieszyć i zachwycać, czego tak bardzo oboje pragnęliśmy. Nie mogliśmy spędzić ze sobą dostatecznie dużo czasu, gdyż pojawiła się potrzeba walki. Walki o ojczyznę, o honor, o wolność. I… I wszystko odeszło. Nie było już uśmiechu i radości. Nie było drobnostek i niewinnych żartów. Pojawił się strach, ból i nienawiść. Z oczu znikł ten blask, który tak bardzo kochałaś, a ich kolor jesieni stracił swoje radosne ciepło. Co jest teraz w moich oczach? Niewzruszone ptaki, płaczące niebo i Ty…  Zabito niewinność i beztroskę w jednej chwili. Tak, jakby przestrzeń pękła na pół. Mimo, że świat wcale się nie powiększył, nagle każdy człowiek stał się taki maleńki… I samotny.

Nie mogę zapomnieć tych łez ,które u Ciebie zobaczyłem. Powracają do mnie, kiedy tylko zamknę oczy. Gdy zaś mam je otwarte, widzę krwawe obrazy wojny i walk. Widzę śmierć i ból. Chwilami zastanawiam się, który widok jest gorszy…. Madonno, czym mnie wybawisz od nocy? Muszę walczyć, tak nakazuje mi honor. Chcę walczyć o wolność ojczyzny. Chcę, ale… nie chcę żyć w takim świecie. Świecie, w którym zbrodnia jest czymś naturalnym. Świecie, w którym oczy są przyzwyczajone do karmazynowego koloru krwi.

Chcę się zachwycać, a nie bać. Chcę kochać, a nie nienawidzić. Chcę być szczęśliwy. Wraz z Tobą. Pamiętam wszystko, co dotyczy  Nas. Wszystkie chwile. Zachowałem je w swojej pamięci jak diamenty, które oglądam kilkadziesiąt razy dziennie, napawając się ich pięknem i doskonałością. Pamiętam wszystko.

A teraz? Kładę się spać… Po snów kipieli ciemnej szukam Cię, tak się spalam. Kto wie, może kiedy się obudzę, świat się zmieni? Może jeszcze będziemy mogli się śmiać i cieszyć życiem?

Na zawsze Twój

        Krzysztof

****************************************

Mamy już pierwsze sukcesy! Pierwsze zadanie dziennikarskie w konkursie „Złote pióro”, organizowanym przez Głos Szczeciński.  Prace Beaty Aszakiewicz i Zuzanny Zawadki zostały wyróżnione! Miłego czytania!

Beata     Zuzanna

 *********************************

Historia ostatniego kasztana

Nazywam się Goguś i jestem kasztanem. Chciałbym ci opowiedzieć, Drogi Czytelniku jaką przeżyłem drogę,  by znaleźć się na półce w przedszkolu.

Wszystko zaczęło się 2 tygodnie temu, gdy wisiałem sobie na drzewie i jak co dzień spoglądałem w niebo, by oglądać chmury. Coś jednak odwróciło moją uwagę od tych fascynujących zjawisk przyrodniczych. Był to liść szeleszczący na wietrze. Miał on barwę czerwoną i był dość duży. Potem spostrzegłem inne liście, spadające jeden za drugim. Razem z liśćmi na ziemię spadali też moi przyjaciele kasztanowcy. Długo zastanawiałem się, dlaczego tak się dzieje i po namyśle stwierdziłem, że to wiatr zazdrosny o urodę jesiennych liści i kasztanów strąca je na ziemię. Niedługo potem zacząłem dumać, dlaczego to ja pierwszy nie zleciałem, wszak byłem najpiękniejszym kasztanem na całym drzewie!

Po niedługim czasie zaczęła mi doskwierać samotność. Brak mi było pogawędek z liśćmi, kłótni który z nich jest bardziej czerwony. Straciłem też moją kasztanową rodzinę. Moja samotność nie trwała jednak zbyt długo .

Rankiem, któregoś pięknego dnia, wiatr zdmuchnął mnie z mojego ukochanego drzewa i nim się spostrzegłem, leżałem już na chodniku. Z tej perspektywy świat wyglądał zupełnie inaczej. Wszędzie leżały jakieś papierki po cukierkach i puszki po napojach. Niezbyt mi się to podobało a powiem więcej, byłem tym faktem zniesmaczony. Na moim ukochanym drzewku wszystko było czyściutkie gdyż co kilka dni obmywał nas jesienny deszczyk.

Leżałem więc tak, rozmyślając nad moim marnym losem po spadnięciu z drzewa, aż tu nagle, ni z tego, ni z owego,  ujrzałem małą dziewczynkę z babcią. Szła sobie powoli, niosąc na plecach tornister a w ręku trzymając woreczek. Gdy mnie ujrzała stanęła w miejscu. Babciu zobacz jakie piękne!; powiedziała. To jest kasztan - odpowiedziała jej babcia. Wzięła więc mnie do woreczka i zabrała do swojego domu.

Nigdy jeszcze nie widziałem czegoś podobnego. Pomieszczenie w którym mieszkałem było kolorowe. U góry zamiast chmur wisiała jakaś świecąca rzecz,  a ja leżałem w prostokątnym pudełku wyłożonym ciepłym kocykiem. Następnego dnia mama małej dziewczynki poleciła jej, by zabrała mnie do przedszkola i pokazała innym dzieciom. Dziewczynka z chęcią to uczyniła. Dzieciaki były mną zachwycone. Pani opiekunka powiedziała, że ze mnie można wyczarować wspaniałe rzeczy. Dzieci wzięły się do pracy. Ola przyniosła wykałaczki a mały Tomeczek nożyczki. Takim oto sposobem stałem się nie zwykłem kasztanem lecz KASZTANOWYM LUDZIKIEM!

Gdy rodzice przyszli odebrać swoje dzieci oniemieli z wrażenia. Pani wytłumaczyła im, że dzieci zrobiły to bez niczyjej pomocy.

I tak oto, Drogi Czytelniku, ja Goguś uszczęśliwiłem dzieci, rodziców a przede wszystkim siebie, gdyż mieszkam sobie teraz na ciepłej półce wraz z lalkami i żołnierzykami z którymi zawsze mogę powspominać dawne czasy, gdy wisiałem na moim kochanym drzewku i rozmawiałem z liśćmi…

Mateusz Szelepajło klasa 2d

Op. Agnieszka Czuryło-Budzińska

ROK SZKOLNY 2007/2008


Mały Książę odwiedził wiele planet – może o jakiejś zapomniał. Dopisz rozdział, w którym…


      
XXVII


      Mały Książę po opuszczeniu Ziemi, znalazł się na planecie Myśliciela. Chłopiec patrzył na niego i słuchał:
- Być albo nie być! Oto jest pytanie! Czy Cezar był wielki dlatego, że zdobywał nowe tereny? Czy dlatego, że był wysoki? Hm… hm… - zastanawiał się Myśliciel.
- Dlaczego tak się nad tym głowisz? – zapytał go Mały Książę.
      Myśliciel odwrócił się i zauważył chłopca. Na twarzy miał wyraz zdziwienia, ponieważ jego planeta była bardzo mała i nie widział, aby do niej ktoś się zbliżał. Zapytał więc chłopca, skąd pochodzi i jak tu się znalazł. Mały Książę znany z tego, że nigdy nie pozostawia pytania bez odpowiedzi, zapytał jeszcze raz:
- Dlaczego tak się nad tym zastanawiasz?
- Myślę, więc jestem! Czuję, więc żyję! –odpowiedział mu Myśliciel.
- Nie rozumiem, możesz mi to wytłumaczyć?- zapytał ponownie Mały Książę.
      Myśliciel powiedział mu, że on żyje po to, aby myśleć, a nie po to, aby odpowiadać na jego pytania. Mały Książę spojrzał na Myśliciela, odwrócił się i pomyślał: „Dorośli są bardzo dziwni”…

Sebastian Romancio kl. IId
opiekun: Lidia Kulik



XXVII

     Następna planeta, którą odwiedził Mały Książę, należała do Lekarza. Była średniej wielkości, porośnięta różnymi roślinami. Na środku planety znajdował się mały dom, a obok niego stał człowiek wyglądający na poważnego.
     Mały Książę podszedł do niego i zapytał go, kim jest. Mężczyzna odpowiedział mu, że jest Lekarzem.
- A co robi lekarz? – zapytał Mały Książę.
- Jest to taka osoba, która leczy ludzi, jak są chorzy- odpowiedział Lekarz.
- A ja jestem chory? – zapytał z zaciekawieniem Mały Książę.
- Nie wiem, musiałbym cię zbadać- odpowiedział Lekarz.
- A więc zrób to – stanowczo odparł chłopiec. Lekarz zaczął badanie, po kilku minutach stwierdził, że Mały Książę jest zdrowy. Malec ucieszył się, ale chciał, żeby Lekarz go leczył.
- Nie mogę cię leczyć, ponieważ jesteś zdrowy – powiedział mu Lekarz.
- A więc dla ludzi zdrowych jesteś bezużyteczny? – zapytał Książę.
- Tak- ze smutkiem w głosie odpowiedział Lekarz.
- Więc pójdę już, skoro jesteś mi niepotrzebny – powiedział Mały Książę i zaczął opuszczać planetę. Nie miał jasnego zdania o Lekarzu. Dla ludzi chorych jest bardzo potrzebny, ale dla ludzi zdrowych nie. Nie wiedział, jak ocenić Lekarza, ale na pewno jego praca była lepsza od pracy Bankiera.
     I tak, Mały Książę opuszczając planetę Lekarza myślał:” Dorośli są naprawdę bardzo dziwni…”

Przemek Szczerbik kl. 2d
opiekun: Lidia Kulik



"Gdybym była źrenicą..."


       Gdybym była źrenicą, świat byłby prostszy...Widziałabym ludzi, ale nie postrzegałabym ich jako wartościowych czy nie. Byli by tacy sami. Różniliby się tylko wyglądem czy ubiorem. Nie zastanawiałabym się, dlaczego ktoś się smuci czy płacze, jaka jest tego przyczyna. Nie czułabym tego wewnętrznego żalu, który pojawiłby się w formie współczucia. Widziałabym tylko smutną twarz i łzy lecące po policzkach. Nie wiedząc po co, dlaczego. Nie chcąc wiedzieć.

      Widziałabym również uśmiech na buzi wielu ludzi. Ale dlaczego się śmieją? Czemu są tak weseli i radośni? Nieważne, jestem tylko źrenicą! Ważne, ze ich usta otwierają się w uśmiechu, a oczy odzwierciedlają ich nastrój...Nastrój? Czy mogę mówić tu o emocjach? O tym, co ktoś czuje. Nie bo jestem tylko źrenicą, obojętną na ludzkie uczucia. Ja tylko patrzę i widzę. Widzę ludzi, a nie ich duszę. Widzę jak wyglądają, ale nie widzę co czują. Nie potrafię im pomóc, jestem bezradna.

      Wszystko co niematerialne, raptownie znika , nie ma najmniejszego sensu. Bo po co mam wiedzieć, czym jest uśmiech dla kogoś, skoro sama nie mam uczuć? Nie mam nic. Tylko widzę. Nigdy nie pokocham. Nigdy nie znienawidzę. Nigdy z niczego się nie smucę, ni płaczę. Nie cierpię i nie wesele się. Świat jest mi obojętny. Jest tylko częścią całości. Częścią, którą widzę, nie czuje. Widzę jaka jest piękna. Cudowne krajobrazy, ptaki, zwierzęta....To wszystko jest takie piękne! Lecz podobno ma również duszę, a gdybym była źrenicą to co ona by dla mnie znaczyła? Te piękne krajobrazy, ptaki, zwierzęta byłyby dosłownie TYLKO piękne. Nic więcej. Kwiaty na łące o poranku, słońce znikające wśród fal, olśniewające swym blaskiem złoty piasek....To cudowne móc widzieć. Móc patrzeć na tak wspaniałe rzeczy.

      Lecz łza, łza, która ze mnie...Dlaczego? Dlaczego płaczę? Pewnie to tylko odruch fizjologiczny-pomyślę. Ale jednak łza jest czymś więcej. Jest wzruszeniem, smutkiem, złością, radością- emocjami, które poczuć może tylko człowiek. Widzę człowieka, którego mogłabym pokochać. Ale jednak jest dla mnie jednym z tysięcy takich samych, nie wyróżnia się spośród tłumu niczym oprócz innych rysów twarzy. Jest taki sam jak reszta? Nie. Ja po prostu go tylko widzę, nie próbując poznać i zrozumieć. Kocham go, bo lubię na niego popatrzeć, nic więcej. A więc to nie jest miłość!...

      Jaki wobec tego byłby świat, jeśli wszystko byłoby takie proste? Bo prostym można nazwać samo patrzenie. Prosto jest patrzeć, ale trudniej jest już zauważyć ludzkie cierpienie czy radość, które także trzeba zrozumieć. A czym byłby świat niezrozumiały? Światem, który rządzi się własnymi prawami, nieodpowiednim dla nikogo...Po prostu ubogim o te parę, jakby się wydawało prostych uczuć, które są tak ważne dla wszystkich. Będąc źrenicą byłabym nieszczęśliwa, tylko kogoś widząc, nie mogąc poznać jaki jest wewnątrz. Miałabym bowiem tę świadomość, że to uczucie jest najważniejsze. Uczucie, które istnieje tylko w ludzkich sercach.

Natalia Szarko 3 c
opiekun: Joanna Sienkiewicz





"Gdybym była jesiennym deszczem"


       Gdybym była jesiennym deszczem, to padałabym znacznie częściej, niż bym powinna. Robiłabym to po części ze złośliwości, a po części z nudów. Skoro byłaby to moja jedyna rozrywka, to myślę, że ludzie nie powinni mieć do mnie o to pretensji. Ewentualnie synoptycy, z których prognozami zupełnie bym się nie liczyła, psując im reputację.

      Sądzę, ze jako jesienny deszcz miałabym prawo czasem robić komuś na złość, żeby się odpłacić wszystkim tym, którzy mnie, deszczu , nie lubią. Inna sprawa, że jako deszcz nie mam chyba zbyt wielu zwolenników. W zależności od mojego nastroju padałabym intensywniej lub mniej intensywnie. Wyładowywałabym swoją złość wściekle ciskając krople na przypadkowych przechodniów, dachy domów, ulice i chodniki. Rozbryzgiwałabym się o ziemię, dudniła o szyby i spływała rynnami. Jak zawsze gdy jestem zła, robiłabym dużo huku, a potem, po mojej złości, zostawałoby tylko kilka smętnych kałuż. Jeśli zaś byłabym smutna padałabym powoli, przeciągle i z nostalgią. W ten sposób powstawałyby jesienne słoty. Jako deszczyk figlarny padałabym ludziom na nosy, wlewała się do butów, zraszała parasole i pędziła dalej.

      Czasami miałabym też dni lenistwa i nie padałabym wcale. Zdarzałoby to się jednak rzadko, bo myślę, że wystarczałoby mi odpoczywanie w kałuży, po pracowitym ‘’opadnięciu’’. Wtedy z przyjemnością oddawałabym się dobroczynnemu działaniu promieni słonecznych i parowałabym z powrotem w chmury. Po regeneracji zaczynałabym wszystko od nowa.

      Będąc jesiennym deszczem nie cieszyłabym się sympatią innych, byłabym ciągle przygnębiona i stwarzałabym wokół siebie nieprzyjemny nastrój. Bycie jesiennym deszczem ma też jednak swoje dobre strony np.: nie trzeba chodzić do szkoły, sprzątać ani myśleć. Z jesiennego deszczu zadowolone mogą być wszelkie rośliny i grzybiarze. Może nawet przy okazji udałoby mi się utopić kilka robali! Ave vitae! Jesienny deszcz nie jest taki zły!

Patrycja Spera 2c
opiekun: Agnieszka Czuryło-Budzińska




ROK SZKOLNY 2006/2007


      II miejsce w Międzygimnazjalnym Konkursie Poetyckim na wiersz inspirowany mitami greckimi

PENELOPA

Siedzi nad morzem
I kochającymi oczami wypatruje
Tak drogiej łupiny okrętu.
Wzrok już nie ten sam,
Ale mocniejsza wiara.
Z każdą pustą chwilą sztylet cierpienia
Wbija się coraz głębiej
W to gorące serce.
Kiedy on walczy z trudem tułaczki,
Ona cierpi mocniej,
Nie może uwolnić się od bólu,
I nie chce zapomnieć!
Jak mocno kocha Odysa,
Wie tylko ona.

SPRAWIEDLIWOŚC ZEUSA

Siedzi na swym niebiańskim tronie.
W jednej ręce trzyma wagę,
Waży losy śmiertelnych,
W drugiej piorun –
Dla lepszego efektu.
Ludzie wierzą, że sądzi ich bóg,
Który sam nie jest bez winy:
Poślubioną siostrę zdradza,
Syna w przypływie gniewu
Zrzuca z wyżyn Olimpu,
Czyniąc go kaleką.
Dlaczego wierzą?
Dlaczego on pozostaje „bez winy”?
A innych karze?
Dlaczego?
Dlaczego nieskazitelne,
Niby łagodne bóstwo
Żąda krwawych ofiar?
Dlaczego?

SELENE

Selene – Księżyc.
Bogini marzeń.
Tak ulotna i tak trwała
Jak blask księżyca.
Pani romantycznego
Lśnienia, które się nie tylko
Widzi, ale i czuje całą sobą.
Milcząca bogini
Srebrzystej poświaty,
Bez której noc nie
Miałaby uroku.


Katrzyna Dolatowska klasa 1B
opiekun: Agnieszka Kowalska



Herkules

Jesteś jak Herkules
Mocny
Twardy
Niezwyciężony
Jesteś herosem
Prawie jak bóg
Nie wybrałeś życia wśród bogów
Przy ojcu
Przy matce
Wśród krewnych
Pokochałeś mnie
A ja nie jestem obojętna
Miłość trzyma Cię przy mnie
Jestem szczęśliwa
Kocham Cię
Mój Herkulesie 

  Jak Syzyf

Jestem jak Syzyf
Cały czas toczę swoje
Zmartwienia
Myśli
Niepowodzenia
Brak akceptacji
I ciągle spadam
Bo ciągle dosięga mnie to samo
Te same zmartwienia
Te same myśli
Te same nie powodzenia
Ten sam brak akceptacji
Czym zasłużyłam sobie na taką karę?   

Demeter i Kora   

Demeter i Kora
Matka i córka
Każdy uśmiech na twarzy córki
Każde słowo
Każda myśl wypowiedziana na głos
To wszystko jest dla matki radością
Każdy objaw miłości ze strony matki
Każda pochwała
Każda przestroga
To wszystko sprawia że córka czuje się kochana
Nagle następuje rozstanie
Ból
Cierpienie
Smutek
Puste miejsce przy stole
Brak nadziei
I cud
Cud powitania
Cud powrotu
Cud    

 

Karina Kibatshi klasa 3B
opiekun: Joanna Sienkiewicz



W 3 etapie Złotego Pióra wyrożnienie w kategorii - dobrze napisane - otrzymała Maja Trifunović z klasy 3a

„Mój tata jest…Co powie na ten temat? Dlaczego wybrał ten zawód?”

       W przedszkolu był taki zwyczaj, że opowiadaliśmy o zawodach swoich rodziców. Gdy nastała moja chwila, powiedziałam ”mój tata jest fizykiem atomowym”. W sali zapadła cisza, wszyscy moi rówieśnicy patrzyli na mnie ogromnymi oczami. Sama niezbyt dobrze rozumiałam, na czym polega praca mojego taty.

      Mój tata tłumaczył mi na czym polega jego zawód na wiele sposobów, jednak do mnie docierała tylko historyjka z czarodziejskim kociołkiem. Według tej teorii na świecie istniał ogromny czarodziejski kociołek. W nim bulgotała gwiezdna zupa i kiedy ona wykipiała, powstawały gwiazdy, planety i całe galaktyki. Praca mojego taty polegała na odkrywaniu tego jak powstają gwiazdy, planety i jakie prawa rządzą w całym wszechświecie. Kiedy byłam małą dziewczynką, uważałam mojego tatę za czarodzieja. Teraz orientuję się trochę, na czym polega fizyka atomowa i wiem, że wybór zawodu przez mojego tatę nie był przypadkowy.

      Fizyką interesował się już od dziecka. Kiedy obserwował gwiazdy na niebie, zawsze zadawał sobie to pytania ”Jak to się dzieje, że jest ich tak dużo, z czego są zbudowane?” Gdy zaczął się uczyć fizyki, zrozumiał, że ta dziedzina nauki daje mu odpowiedzi na wiele interesujących go pytań. Fizyka atomowa otwiera przed ludźmi drzwi do opanowania energii nuklearnej, tej samej, która rodzi gwiazdy. Tata powiedział mi, że nigdy nie miał wątpliwości, co do wyboru swojego zawodu. To, co robi jest jego pasją. Jest człowiekiem spełnionym, kochającym swoją pracę, która jest dla niego wieczną przygodą. Zawsze go będę podziwiać, za to, że potrafi w mgnieniu okaz zrozumieć tak skomplikowane rzeczy i wyjaśnić najbardziej zawiłe teorie fizyki atomowej.

Autor pracy: Maja Trifunović IIIa

Opiekun: Agnieszka Czuryło-Budzińska




„Są takie książki, które stają się życiowymi drogowskazami”

       Nuda… Nic się nie dzieje, nie ma co robić… Włączam więc telewizor. Po czym w znudzeniu „przeskakuję” z kanału na kanał – hmm, jak zwykle nic nie ma… Jednak przez chwilę moją uwagę przykuwa reklama filmu na TVP1. Hit kinowy… Hmm… no cóż, trzeba będzie obejrzeć. Wychodzę z pokoju, jednak telewizor pozostaje włączony. Za chwilę do moich uszu dociera fragment jednej z reklam:

„Otowąż to była gdziebądź chatynka,
w której to szczęśliwiła miłośna rodzinka.
I co dzień to była pora, w której Tatko,
czytywał swoim Wsłuchiwatkom. (…)
A wiecie czemu tak się kochały?
Bo co dzień czytały, co dzień czytały...”.


       Wróciłam do pokoju wyłączyłam telewizor i spojrzałam na moją małą biblioteczkę. Reklama natchnęła mnie do czytania. W końcu mam tyle świetnych książek, które są o niebo lepsze od tych wiecznie powtarzających się filmów, seriali czy teleturniejów… I mogę czytać je po tysiąc razy, bo nigdy mi się nie nudzą. Na pewno do takich książek należą dzieła Musierowicz, pisane z poczuciem humoru, ciekawe i bardzo mądre. Za każdym razem, jak czytam którąś powieść z serii „Jeżycjada” dochodzę do wniosku, że uwielbiam występującą tam rodzinę Borejków. Przeżywają oni mnóstwo przygód, które bawią i… uczą. Utwierdzają nas, czytelników, w przekonaniu, że w życiu najważniejsze nie są pieniądze, ale rodzina i przyjaciele. Małgorzata Musierowicz pomiędzy główne wątki, opisujące perypetie Borejków, wplata różne ponadczasowe prawdy. Na przykładzie głównych bohaterów uczy nas, jak powinniśmy w życiu postępować, aby być szczęśliwymi. Taaaak… Musierowicz ma porostu ogromny talent pisarski.

       Podeszłam wiec do biblioteczki, aby wziąć „Szóstą klepkę” – pierwszą powieść z cyklu „Jeżycjada”, ale mój wzrok padł na stojącą obok książkę, z której grzbietu wyczytałam: Małgorzata Budzyńska „Ala Makota”. Zaczęłam się przez chwilę zastanawiać, która z książek bardziej pasuje do mojego dzisiejszego humoru i uznałam, ze jednak poczytam dziennik Ali. Tytułowa bohaterka jest w moim wieku i miewa podobne problemy. Wpadanie w kłopoty to jej największa specjalność, jednak Ala zawsze potrafi znaleźć wyjście z trudnej sytuacji i sprawić, że nic nie jest takie trudne jak się na początku wydaje. Książki Małgorzaty Budzyńskiej lubię czytać zwłaszcza wtedy, kiedy jestem pewna, że do niczego się nie nadaje, że do niczego w życiu nie dojdę itp. itd. Wtedy czytając o Ali, której nastawienie jest bardzo podobne do mojego poprawia mi się humor, gdyż ta nastolatka ma niezwykłe szczęście i zawsze wszystko jej się udaje (pomimo początkowych problemów). Po „skonsumowaniu” tej lektury czuję, że potrafię wszystko, że nie jest tak źle jakby się mogło wydawać. Choć ktoś mógłby powiedzieć, że to jest tylko głupia książka, ja jednak widzę w niej o wiele więcej… Bardzo podobają mi się zawarte obok każdego rozdziału mądre sentencje, które mogą stać się dla nas najważniejszym mottem życiowym. Jeden z takich aforyzmów pamiętam do dziś, choć ostatni raz powieść o przygodach Ali czytałam chyba z rok temu. Brzmi on: „Jedna chwila radości wystarczy na długie lata cierpienia." (Leopold Staff). Typowo optymistyczny, tak jak ja ;)

       Jak widać na powyższych przykładach książki nie tylko bawią, ale także i uczą. Zawierają one bardzo wiele mądrych wartości. Szkoda tylko, że coraz więcej ludzi zamiast sięgnąć na półkę z książką włącza telewizor lub komputer. No, ale cóż, czasy się zmieniają… Miejmy nadzieję, że za kilka bądź kilkanaście lat znów najlepszym zajęciem młodych ludzi będzie czytanie książek, gdyż naprawdę niosą one ważne, ponadczasowe prawdy…A ja póki co, poczytam sobie o przygodach Ali, gdyż żaden film nie przebije dobrej powieści… :)

Autor pracy: Kasia Napiórkowska klasa 3e

Opiekun: Agnieszka Czuryło-Budzińska




„Są takie książki, które stają się życiowymi drogowskazami”

       Historie, legendy, opowieści… Towarzyszą nam od zawsze i nic nie wskazuje na to, by miały nas w najbliższym czasie opuścić. Jedne pomagają nam się odprężyć, drugie pomagają nam poznać otaczający nas świat i prawa nim rządzące, a jeszcze inne są swoistymi drogowskazami, wskazującymi drogę, którą warto wybrać, aby właściwie przeżyć swoje życie. Aby być dobrym dla siebie i innych, realizować własne marzenia, podążać ścieżką, która jest nam pisana.

      Takimi drogowskazami są dla wielu ludzi powieści P. Coehlo. Jest to brazylijski pisarz, który zasłynął dzięki książce „Alchemik”. Opowiada ona historię młodego pasterza, który pod wpływem snu sprzedaje swoje owce i wyrusza na poszukiwanie skarbu. Sen, jak wiele późniejszych zdarzeń i obrazów przewijających się przez życie bohatera, jest znakiem, mówiącym o szansie spełnienia jego własnych marzeń. Według autora powieści wszyscy ludzie spotykają takie „znaki”, jednak nie potrafią ich dostrzec w gąszczu otaczających ich spraw i problemów.

      „[...] kimkolwiek jesteś, cokolwiek robisz, jeśli naprawdę z całych sił czegoś pragniesz, znaczy to, że pragnienie owo zrodziło się w Duszy Wszechświata. I spełnienie tego pragnienia, to twoja misja na Ziemi.” Pisarz traktuje spełnianie marzeń jako obowiązek człowieka. Mówi czytelnikowi, że jeśli nie ma odwagi zrobić tego zrobić dla siebie, powinien poświęcić się dla świata.

      Coehlo w swoich dziełach często odwołuje się do Biblii. W ten sposób przekazuje szerszej rzeszy odbiorców uniwersalne wartości i wskazówki dotyczące życia. Odczytanie przesłania z jego powieści jest dużo prostsze – i prawdopodobnie bardziej atrakcyjne – niż z Pisma Świętego.

       Zazwyczaj, książka-drogowskaz „mówi” bezpośrednio jak mamy żyć, co mamy robić, aby osiągnąć Szczęście. Czasem jednak, jak choćby w „Roku 1984” G. Orwella, pokazuje świat, w którym ludzie zapomnieli o swoim człowieczeństwie. Pokazuje antyutopię, „bezdobry” świat, hiperbolę problemów ludzkości, zarówno tej, której ciała użyźniają glebę, jak i tej żyjącej.

      Postaci takie jak pan Charrington, O’Brien, Parsons są przeciwieństwem dobrych ludzi, których przedstawiają autorzy wielu książek – ukazując ich, oczywiście, jako szczęśliwych i wiecznie odnoszących sukcesy, tylko po to, żeby pokazać czytelnikowi korzyści wypływające z ogólnie przyjętego właściwego postępowania.

       Orwell zdecydował się przekazać idee w odwrotny sposób – ukazując świat zły, przegniły do szpiku kości i dla którego nie ma już ratunku. Przecież Winston i Julia nie byli tacy, jak inni! Chcieli zmian, pragnęli normalnego życia. Co dostali w zamian? Tortury. ?W Oceanii nie było miejsca dla Ludzi, Uczuć… Można to ująć w krótkim morale:

Bądź Człowiekiem i nie dopuść, aby ktokolwiek ci w tym przeszkodził.


       Wskazówki kryją się w wielu książkach. Czasem autorzy bezpośrednio mówią odbiorcom, co jest dobre, co złe, jak należy postępować, aby być szczęśliwym… Innym razem swoją Prawdę przekazują w sposób, wymagający od czytelnika pewnego skupienia, refleksji nad przesłaniem powieści. Jeśli jednak oprócz zmysłu wzroku nauczymy się odbierać treść sercem, książki posłużą nam za dobre drogowskazy, prowadzące do Szczęścia.

Autor pracy: Claudia Słowik, kl.3a

Opiekun: Agnieszka Czuryło-Budzińska




„Są takie książki, które stają się życiowymi drogowskazami”

       Wieczór bez kontaktu z literaturą jest dla mnie czymś obcym. W swoim krótkim, lecz bardzo barwnym życiu przeczytałam wiele powieści, niektóre były związane z miłością, inne zawierały wątki bardziej drastyczne, a jeszcze inne odnosiły się do świata fantastycznego. Po przeczytaniu każdej książki wysuwam sobie własne domysły, przemyślenia i próbuję odnaleźć siebie w sytuacji danego bohatera.

      Powieścią, która wytworzyła we mnie pewne ukierunkowania jest książka Melisy Nathan pt. „Niania w Londynie”. Jest to pełna humoru i dobrej zabawy opowieść o Jo- młodziutkiej dziewczynie z prowincji, która podejmuje się dość ryzykownej pracy, jaką jest praca niani w brytyjskiej stolicy. W wyjeździe do Londynu, Jo widzi ostatnią szansę na uwolnienie się spod opieki wszystkich osób, które pragną za wszelką cenę ułożyć jej życie. Nowi pracodawcy dziewczyny, okazują się najbardziej niedobraną para małżeńską, jaką kiedykolwiek miała szanse poznać. Są oni rodzicami trójki dzieci, o bardzo wyrazistych osobowościach. Zajęci swoimi obowiązkami z radością zrzucają na kruche barki niani masę nowych dla niej obowiązków. W tym momencie jej wiejskie życie, które wcześniej prowadziła, zaczyna wydawać się jej kojące. Jednak wszystko zaczyna się szybko zmieniać, gdy sąsiadującą sypialnię zajmuje nowy lokator- Josh, przystojny syn pana Dicka z pierwszego małżeństwa. Po przeczytaniu tego utworu, doszłam do wniosku, że nieważne jest to, kim się jest, lecz jakim się jest i co chce się w życiu osiągnąć. Tak jak główna bohaterka, chciałabym kiedyś w swoim życiu, spotkać prawdziwą miłość w miejscu, w którym bym się tego nigdy nie spodziewała. Nieważne, jest to, czy wychowujemy się na wsi, czy w wielkiej metropolii, ważne jest żeby odnaleźć w drugiej osobie choć odrobinę dobra i chęci do lepszego życia. Tak, jak zrobiła to Joe z dziećmi państwa Fitzgeraldów, które należały do wyjątkowo nieposłusznych i upartych.

      W mojej domowej biblioteczce znalazła się także literatura autorstwa Lauren Weinberger pt. „Portier nosi garnitur od Gabbany”. To opowieść o pewnej, młodej kobiecie, która pracuje w dziale bankowości inwestycyjnej i nie ma ani odrobiny czasu na życie towarzyskie. Bette uwielbia czytać romanse i zabawiać się ze swoim hipoalergicznym pieskiem Millington. Nagle rezygnuje z posiadanej pracy i zaczyna rozkoszować się pełnią wolności. Po pewnym czasie z braku środków finansowych, postanawia przyjąć propozycję od bardzo cenionej w świecie amerykańskim agencji- public relations, zajmującej się organizacją imprez i bankietów dla najbogatszym nowojorczyków. Praca w Kelly&Co, wprowadza pannę Robinson na salony najbardziej ekskluzywnych klubów Manhattanu. Jej kariera nabiera tempa, a w gazetach zaczynają pojawiać się plotki, o jej rzekomym romansie z nowojorskim playboyem. Wszystko okazuje się absurdalną nieprawdą, bo od pewnego czasu jej serce zajmuje Samm, chłopak daleko odbiegający od ideałów nowojorskiej śmietanki towarzyskiej. Lektura ta, pomaga mi zrozumieć jak okrutne potrafią i mogą być „brukowce” pisząc o rzeczach, które nie miały nigdy miejsca w rzeczywistości. Dzięki Lauren Weinberger zrozumiałam jeszcze bardziej sentencję „Nie szata zdobi człowieka”. Większość współczesnych nastolatek, jednym spojrzeniem na chłopaka, może wywnioskować, czy jest on „cool” czy nie. Jak one to robią? Dla tych dziewczyn liczy się tylko wygląd zewnętrzny, ale nie zawsze przystojny brunet okaże się tak inteligentny jak zezowaty blondyn. Przyznam się szczerze, że sama nie raz ukradkiem zerkałam, tak na jakiegoś chłopaka. Jednak wszystko się zmieniło, gdy do mojego klubu tanecznego doszedł nowy kolega. Z początku wydawał się nieśmiały, jednak po dłuższym czasie przebywania w naszym środowisku, pokazał swoje prawdziwe ja… Wyglądem Kacper, nie dorównuje światowym modelom, ale ma w sobie to „coś”, co pozwala ściągać ku sobie wiele fanek. Środowisko, w którym dany człowiek przebywa nie gra dla mnie istotnej roli, ważne jest to, czy ta osoba ma w swoim wnętrzu „coś” cennego i godnego poznania. Tak jak Samm, zwyczajny bramkarz ze słynnego klubu dyskotekowego, na którego żadna dziewczyna zwróciła by uwagi, ponieważ niczym szczególnym się nie wyróżniał. Jednak „wpadł” on w oko, Bette, która dostrzegła w nim wnętrzu wielkie serce i kryształowy charakter.

      Myślę, że książki są dla nas pewnymi wskazówkami, ponieważ wgłębiając się w fabułę bohatera i przeżywając jego przygody wiemy, co jest dla niego dobre, a co natomiast złe. Uważam, że poprzez takie doświadczenia będziemy potrafili poradzić sobie w życiu codziennym, kierując się wyłącznie dobrem. Dla mnie, młodej dziewczyny utwory literackie są drogowskazami do postępowania w dalszym coraz bardziej skomplikowanym życiu.

Autor pracy: Paula Bieczyńska kl. III a

Opiekun: Agnieszka Czuryło-Budzińska






ROK SZKOLNY 2005/2006



Sejm najwyższy głowy mojej

       W jednostce centralnej zapanowało niezwykłe poruszenie. Po raz pierwszy od początku działalności Jednostki Głównej autorytarne rządy świadomości Tomasza Kujawy znalazły się w poważnym niebezpieczeństwie. Ministrowie będący pozostałością osobowości, w jakie wcielałem się i kilku najważniejszych osób, dla których zawsze mam miejsce w swojej głowie, wpadli w popłoch. A to wszystko z powodu izb parlamentu osobowego debatującego nad moimi decyzjami-będącymi głosikami w mojej głowie.

       Wyższa izba mieści się w mózgu, jej przedstawiciele, mózgowcy, zajmują się sprawami psychiki i świadomości (w odróżnieniu od niższej, mieszczącej, się w żołądku, zajmującej się sprawami bezpieczeństwa energetycznego i budżetu żywieniowego, a jej przedstawiciele to…nie, to nie są żołędzie, to żołdki- nie mylić z żołdakami, to tak jakby ktoś posła nazwał osłem- zupełnie nie widać powiązań, no może tylko czasami;).

       Tego dnia zaistniała jednak sytuacja precedensowa. Jeden z przedstawicieli SLD (Stowarzyszenie Ledwo Dostrzegalnych) -ugrupowania marginalnego w mojej psychice, które zawiera szaleńców, skrywanych dziwaków i radykalnych oszołomów, których najczęściej nie dopuszczam do dyskusji toczących się w mojej głowie –złożył wniosek o samorozwiązanie się świadomości! I wtedy rozpętało się piekło.

       Specjalnie wybrany marszałek, będący syntezą moich marzeń o zostaniu psychologiem, mimo całego swojego zawodowego doświadczenia miał problemy z opanowaniem tłumu.

       Koalicja partii rządzących: centralnej PO (Post-Obiektywizm będącej zgrupowaniem umiłowanych przeze mnie stoików, którym niestety dałem się tak rozochocić, że przez nich radykalnie nienawidzę radykałów i doprowadziłem swą obojętność do perfekcji) i postępowego Pis-u (Przemiany lub Przyszłości –nikt nie wie dokładnie-i Samodoskonalenia partii o olbrzymiej sile moralnej zawierającej moje ambicje) wpadli w popłoch i na zmianę zaczęli chwalić moją tolerancyjność, pomysłowość, zdolność samokontroli wyćwiczonej na promowanej przez działaczy PiS-u jodze i kościelnej medytacji. Jednak na te słowa odezwali się działacze populistycznej Samokrytyki wykorzystujący moją skłonność do krytyki, by nabić sobie u Mnie punkty popularności, poprzez dbanie o nieprzewartościowanie i dając mi siarczyście po mentalnej gębie, gdy tylko nadarzy się okazja.

       Jeszcze ostrzej zaatakował wnioskodawca, pokazując, że jestem jednostką wyalienowaną, niezdecydowaną i nijaką. Nie umiejącą spełnić swoich marzeń, nieśmiałą i nieprzydatną społecznie. Na zakończenie marszałek poprosił o wypowiedź sztab ekspertów od spraw psychiki i osobowości. W burzliwej i owocnej debacie ego i alterego udowodnili, że jestem inteligentny, trochę ciapowaty, wytrzymały, ale wrażliwy na porażki, tolerancyjny, ale nie ufny i zbyt naiwny. Ciekawie całość podsumowało Sumienie, które stwierdziło, że nie jest dostatecznie poważanie traktowane(każdy tak mówi nieuprzejmie krzyknął osobisty diabeł kusiciel), a jak już się go słucha, to zawsze po czasie.

       Kiedy wydawało się, że wszystko zakończony się pomyślnie i bez awantur, jedna z nikomu nieznanych działaczek Szatańskich Skłonności i Złych Nawyków (których niestety jest sporo, chociaż staram się je marginalizować) nacisnęła niewielki guzik i wszyscy posłowie zdrowo rozsądkowi spowici zostali gazem ogłupiającym. Biedny marszałek kompletnie zbaraniał, ale zdał sobie sprawę, że szybkie głosowanie (póki jeszcze wszyscy nie zgłupieli) jest jedyną szansą dla Tomka.

       -No…ja ten, tego…Jestem za, a nawet przeciw – skupienie i głębokie zamyślenie odeszło z marszałkowskiej twarzy. Uśmiechnął się błogo i padł z przesilenia intelektualnego.

       Sprawczyni zamieszania powstała, jednym ruchem zdarła skórę, będącą kamuflażem i pokazała swą prawdziwą twarz: triumfalnie uśmiechnięta bogini Eris, piękna, ubrana jedynie w zwiewną togę powiedziała głosem jesiennej burzy: Posiedzenie uważam za zamknięte. Przepowiednia nie sprawdzi się, nie spełnisz Tomku swojego marzenia i nie powstrzymasz mnie w przyszłości, bo Twoją przeszłość skończyłam dzisiaj.

      

Autor pracy: Tomasz Kujawa, klasa 3a

Opiekun: Agnieszka Czuryło-Budzińska





Szczecin za 50 lat
23.03.2056 Szczecin zwany także nowym Nowym Jorkiem


       Pod Statuą Równości rozpoczyna swoją trasę ostatni marsz wieloletniego burmistrza Szczecina, Tomasza Kujawy. Ojca potęgi Szczecina, dzięki któremu to właśnie do tego miasta przeniesiono główną siedzibę UŚ (Unia Światowa, dawna UE) po wejściu do niej członków z Europy Wschodniej (głównie Rosji). Pochód, w którym znajdują się przedstawiciele wszystkich kultur i religii zamieszkujący wielonarodowy Szczecin wyrusza wolnym marszem, chłodzony przez spowodowany ociepleniem klimatu morski wietrzyk i cień palm oraz bananowców. Po przejściu nadbrzeża pochód zostaje oblepiony przez mieszkańców arabskich dzielnic, utworzonych po włączeniu Turcji, Maroka oraz USAr (United States of Arabia –państwa uzależnionego całkowicie od USA, od czasu wprowadzenia paliwa wodorowego). Dzielnica ta jest pełna skrajności: bogactwa luksusowych sklepów jubilerskich i biedy lepianek, pełnej handlowej wrzawy zamierającej całkowicie 5 razy dziennie.

       Kondukt szybko mija dzielnicę Jasną (zmarły nigdy nie lubił tej części miasta, utworzonej z dawnych osiedli od Słonecznego do Pogodna)- wizytówkę Szczecina, w której znajdują się kompleksy biurowców, wieżowców i najsłynniejsze sieci podziemnych tuneli, z olbrzymim, pierwszym w tej części Europy systemem maszyn obdarzonych sztuczną inteligencją, nadzorujących porządek w mieście.

       Konwój dochodzi do ulubionego zakątka szczecinian, najpiękniejszego na świecie centrum miasta „Świata w pigułce” gigantycznej szklarni, w której znajdują się hektary roślinności ze wszystkich zakątków globu. Ciało zostaje złożone w arcybazylice szczecińskiej: „Kościele Ekumenicznym Zjednoczenia Świętego” –futurystycznej budowli zbudowanej prawie wyłącznie ze szkła. Na grobie zostaje wyryty napis: „Szczecin moim domem, oby Wam mieszkało się w nim równie dobrze jak mnie”

      

Autor pracy: Tomasz Kujawa, klasa 3a

Opiekun: Agnieszka Czuryło-Budzińska





"Jestem super", "Jestem do niczego" - jaki jestem?

       Jaka jestem? Ależ nie mogę odpowiedzieć na to pytanie! Nie dlatego, że jest ono jakieś specjalnie trudne. Po prostu kiedy na nie odpowiem wszyscy dookoła odkryją moją narcystyczną naturę. Ale nie napiszę przecież, że jestem do niczego, bo nawet moja wyobraźnia ma swoje granice...

       Zaryzykuję jednak i wybiorę opcję „Jestem super”, żeby usatysfakcjonować mój natrętny wewnętrzny głos. W końcu grunt to wysoka samoocena, a tego raczej mi nie brakuje. Pewnie powinnam się zdobyć na odrobinę samokrytyki, ale co mi tam... Do diabła ze skromnością. Jestem inteligentna, utalentowana, ambitna, zadowolona z życia i mam ładne niebieskie oczy. Posiadam przydatną rzecz, zwaną słuchem muzycznym. Umiem rysować. Potrafię sobie wmówić wszystko, co chcę i zmusić się do wszystkiego, co muszę zrobić. Nie jestem zbyt skromna, chociaż gdy trzeba, to mogę taką udawać. Możliwe, że jestem jedyną osobą, która potrafi mnie zrozumieć, ale jakoś mi to nie przeszkadza.

       Jestem super również dlatego, że w każdej sytuacji potrafię się dowartościować. Umiejętność tę zawdzięczam całej mojej ogromnej rodzinie, począwszy od babć, przez ciotki, a na starszych kuzynach skończywszy. Wszyscy oni od kiedy pamiętam utrzymywali moją (najmłodszej w rodzinie jedynaczki) samoocenę na najwyższym poziomie. Nie muszę się przejmować, co sądzą o mnie inni, bo ogromna porcja pochwał otrzymana od krewnych prawdopodobnie zupełnie przesłoniła mi już wszystko inne. Mówi się trudno. Ważne, że ja sama lubię siebie- bo w końcu to na siebie jestem skazana do końca życia i muszę mieć ze sobą przyjazne stosunki, jeżeli nie chcę za szybko zwariować. Chociaż jeśli prawdą jest stwierdzenie, że mówienie do siebie jest pierwszą oznaką choroby psychicznej, to już dawno zwariowałam. A może to normalne u zbyt próżnych osób-zwyczajnie lubię przebywać w swoim towarzystwie.

       Pewnie, że posiadam też te złe cechy. Zawsze i wszędzie się spóźniam, odkładam pracę na później, jestem leniwa, lubię się kłócić...Wiem, że to niedobrze każdą posiadaną wadę liczyć na swoją korzyść, ale co ja mogę? Uwielbiam moje wady. Gdybym nie miała wad, można by mnie uznać za realną wersję „Mary Sue”, idealnej, cudownej dziewczynki z kiepskiej powieści. Wtedy byłabym jak najbardziej do niczego. A skoro mam wady, to mogę być super, chociaż właściwie brzmi to nielogicznie.

      

Autor pracy: Anna Bay, klasa 3a

Opiekun: Agnieszka Czuryło-Budzińska





"Jestem super", "Jestem do niczego" - jaki jestem?

       Jestem absolutnym ewenementem natury składającym się z samych niedopasowanych części. Prawie jak puzzle tylko takie bez jednego elementu. Chcesz słuchać dalej? No to masz, tylko żeby potem nie było, że zmyślam. Mogę śmiało powiedzieć, że mój los jest z góry przesądzony. Delikatnie mówiąc w każdej dziedzinie życia jestem skazana na nieszczęście. Jeśli coś może się nie udać, nie uda się na pewno. Każda, najjaśniejsza nadzieja jest cudem sama w sobie, że w ogóle dla mnie zaświeciła. Albo mój anioł stróż zapomina od czasu do czasu włączyć na dłużej żaróweczkę nadziei albo jest zepsuta i dlatego ciągle gaśnie. Zresztą to i tak za duże szczęście w nieszczęściu. Najbardziej prawdopodobne jest to, że zgubiłam gdzieś własnego anioła, a na odnalezienie go nie mam co liczyć. Jedno nieszczęście dziennie to minimum jakie na mnie spada, dlatego realizację większych planów poprzedzam prośbami do św. Katarzyny(tak, to patron takich przypadków jak ja), ale to i tak, jak walenie głową w mur. W sklepie ekspedientka ma przewidziane dla mnie tylko trzy zdania(jak automat): „nie ma rozmiaru”, „niestety przed chwilą sprzedałam”, „właśnie zamykamy”.

       Wszelkie wyjazdy to jedna wielka porażka. Najdalej na granicy dowiaduję się, że paszport stracił ważność, lub wycieczka w ostatniej chwili zostaje odwołana. Tak, czy inaczej cały wszechświat sprzysiągł się przeciwko mnie. Śmiejesz się? Bardzo zabawnie być skazanym na fatum. Tyle wysiłku i starań na nic. W szpitalu też mnie znają. Nawet w dwóch, bo raz w tygodniu ląduję na izbie przyjęć z obrażeniami zewnętrznymi(wczoraj wpadłam do studzienki, bo oczywiście przeszłam na drugą stronę po wcześniejszym wejściu w kałużę), a zaraz po tym kierują mnie do psychiatry z rozpoznaniem: „ciężki przypadek umysłowy, liczne próby samobójcze(nie wierzą w moje wypadki), pacjentowi wydaje się, że ciąży na nim klątwa”(że ja niby mam coś z głową?!). Mając do wyboru dwie drogi, zawsze pójdę złą. Ta lepsza jest dla mnie zamknięta albo w remoncie. Nie mam po co się starać i wysilać. I tak wszystko, co zbuduję jedną ręką, prędzej czy później zburzę drugą. Nie zgubię portfela, to mi go ukradną. Nie zapomnę pieniędzy, to zamkną sklep przed nosem. Nie potknę się, to potrąci mnie rower. Nie nauczę się, to trafię na trudniejsze pytania. Nie wyjdę, to oczekiwany telefon nie zadzwoni. Pójdę wyrzucić śmieci, usłyszę przez drzwi znajomy dzwonek. Dobiegnę do klamki, sygnał ucichnie, a po drodze (w najlepszym wypadku) złamię jedną nogę.

       Za dwa tygodnie testy. Zabraknie dla mnie egzemplarza? Pomylę dobre odpowiedzi ze złymi? Źle się zakoduję? Zgubią moją pracę? Zawsze dach może się TYLKO nade mną zawalić. Wewnętrzny, znajomy głos mówi mi: „nie Marta, nie. I tak ci się nie uda. Nie. Jesteś do niczego. Wszystko obróci się przeciwko tobie.” Te słowa dźwięczą mi w uszach non-stop. Jeżeli każdy z nas ma „na górze” maszynę(a na pewno tak jest) , która steruje jego życiem, to na mojej z pewnością zaciął się przycisk „wyślij nieszczęście”.

Autor pracy:Marta Lipińska klasa 3a

Opiekun: Agnieszka Czuryło-Budzińska





Wizualizacja

      Nie lubię stresu…nie lubię także wielkich czerwonych smoków, spopielających wszystko na swojej drodze i wyrywające wnętrzności przygodnie spotkanym rycerzom. Nie jest więc dla mnie specjalną trudnością zamienienie stresogennego powodu (teścik, kartkóweczka, czy pytanko, zawsze i wszędzie gotowy na wszystko) w tę lub podobną maszkarę.

      Co ze straszydłem zrobić? Nie każdy wie, nie chodzi przecież o to, żeby w garnku na głowie i szpikulcem w ręce rzucić się na belfra, tłumacząc później, że był przecież trzymetrowym trollem (wtedy nawet wizualne podobieństwo niektórych wuefistów może nie być wystarczającym wyjaśnieniem). Nie! My stresy załatwiamy tak samo jak boginy z Harrego Pottera, nie znaczy to oczywiście, że trzeba być dyplomowanym magiem pierwszego stopnia- wystarczy odrobina zwykłej ludzkiej magii, nazywanej wyobraźnią i zimna krew (stanie oko w oko z małą armią piekielną jest dobrym treningiem). Zamykamy oczy skupiamy się, bierzemy kilka głębszych (wdechów oczywiście) i zamieniamy stwora (stres) w coś nam przyjaznego. W ten sposób siejący postrach smok zmieni się w zakochaną smoczycę ze Shreka, olbrzym przewróci się o swoje związane sznurowadła, a nauczyciel …(miejsce na własne pomysły). Jeśli ta forma walki okaże się nieskuteczna, sięgam po broń ostateczną, straszliwą i nieodwołalną- przyzywam istotę umiejącą przegnać wszelkie ciemne istoty mej duszy: mojego małego, puchatego, białego szczeniaczka. Jedno wspomnienie jego mięciutkiego, cieplutkiego futerka doda mi więcej otuchy niż najpiękniejsza pieśń pochwalna; jedno szczeknięcie przegna wszelkie czarne myśli i jest po stresie (kto by pomyślał, że killerem potworów zostanie bezbronny szczeniaczek. Czyż wyobraźnia nie jest potęgą?)

Autor pracy:Tomasz Kujawa klasa 3a

Opiekun: Agnieszka Czuryło-Budzińska




                   Namaluj moją duszę

                   Namaluj moją duszę, przestraszoną i samotną,
                   trzymaj mnie !
                   tak jak trzymasz się życia,
                   gdy wszystkie moje lęki ozywają.
                   Kochaj mnie !
                   tak jak kochasz słońce,
                   palące krew w moim sercu.
                   Wspomnienia tak jak sztylet,
                   wbijają się w dzień dzisiejszy
                   i zmieniają moje życie w grobowiec.
                   Przez przeszłość,
                   Jesteś koszmarem nocnym
                   budzącym mnie ze snu !
                   snu o miłości...
                   Nie ma już słodkich, możliwych marzeń,
                   tylko pustka, ciemność i płomień w mych oczach,
                   gasnący przez łzy...


Autor pracy:Adrianna Matel klasa 2e

Opiekun: Agnieszka Czuryło-Budzińska









" NIE TYLKO DZIENNIKARZE POTRAFIA PISAĆ "


Czy prawdy moralne wygłaszane przez duchy w II części „Dziadów” Adama Mickiewicza są aktualne do dziś?


      
      Uważam, że prawdy moralne wygłaszane przez duchy są nadal aktualne.
      Duchy zmarłych dzieci opowiadają o szczęściu jakie spotkało ich w życiu. Wcześnie umarły, więc nie zdążyły nabyć gorzkich doświadczeń, jakie przynosi życie. Według Bożego rozkazu: „ Kto nie doznał goryczy ni razu ten nie dozna słodyczy w niebie”. Z tego przykazania wynika, że dzieci nie zaznając trudów za życia, nie mogą dostać się do nieba. Powyższa prawda moralna to przenośnia beztroskiego życia, jakie wiedzie w dzisiejszym świecie bardzo dużo ludzi. Wykorzystują możliwości, które daje im współcześnie życie, zdobywają władzę i pieniądze, jak chociażby politycy. Niestety, później dbają tylko o własne interesy i przyjemności. Nie realizują wyznaczonych przez siebie celów, żyją tylko dniem dzisiejszym, nie troszcząc się o swoje otoczenie.
      Współczesny człowiek unika wszelkich trudów. Jest to tzw. pójście z wiatrem przez życie, a nie pod wiatr. Człowiek powinien stawiać czoła problemom, a nie uciekać od nich. Takiej osobie jest wszystko obojętne, pójdzie na każdy kompromis, byleby ominąć wszelkie trudności w swoim życiu. Nie osiągnie także żadnego sukcesu. Takiemu człowiekowi z pewnością trudno zrozumieć ludzi pracowitych, którzy przez całe swoje życie mają jakiś cel i dążą do tego, aby go zrealizować.
      Następne widmo to Zły Pan, który za życia był skąpym i niegodziwym człowiekiem. Jeden z najgorszych jego występków to skazanie na śmierć swojego poddanego - za kradzież kilku jabłek z dworskiego sadu, której tamten dopuścił się z powodu głodu. W samą Wigilię odmówił też jałmużny kobiecie z dzieckiem, co spowodowało ich zamarznięcie na drodze. Teraz zły gospodarz krąży po świecie z korowodem ptaków, nie dających mu ani chwili wytchnienia. I żaden z ludzi nie jest w stanie mu pomóc, gdyż jak sam mówi: „Bo kto nie był ni razu człowiekiem, Temu człowiek nic nie pomoże”. Uważam, że w życiu codziennym, także można spotkać podobnych ludzi. Wystarczy tylko uważnie rozejrzeć się na ulicy. Widziałam ludzi bogato ubranych, obojętnie przechodzących obok bezdomnych. Moim zdaniem, ludzie mający więcej pieniędzy, którzy nie muszą martwić się o podstawowe potrzeby życia rodzinnego: jedzenie, ubranie, mają moralny obowiązek ofiarowania pomocy ludziom biednym.
      Ważna jest także umiejętność przebaczania. Ludzie ustawieni gorzej w hierarchii społecznej, nie zawsze przestrzegają zasad i praw rządzących światem. Dopuszczają się na przykład kradzieży jedzenia, czy też proszenia o jałmużnę w takich miejscach jak Kościół. W tym drugim przypadku to myślę, iż ludzie odmawiają wsparcia, gdyż obawiają się zapewne, że ich pieniądze zostaną przeznaczone na alkohol. Jednakże przecież można pójść do sklepu, kupić chleb, czy parę bułek, aby ta druga osoba miała co jeść. Ludzie, którzy nie zaznali nigdy głodu albo nie byli przynajmniej tego bliscy, nie zrozumieją ludzi głodnych, bezdomnych. Wydaje mi się, że zawsze będzie granica dzieląca ludzi bezdomnych od reszty społeczeństwa.
      Ostatni duch to dziewczyna o imieniu Zosia. Za życia uciekała od miłości młodzieńców. Nie poznając trosk, ani prawdziwego szczęścia, tuła się po świecie, gdzie ją „wiatr zawieje”. Jest tak, gdyż według Bożego rozkazu: „Kto nie dotknął Ziemi ni razu, Ten nigdy nie może być w niebie”. Uważam, że i ta prawda moralna jest aktualna w dzisiejszym świecie. Uczucia takie jak: szczęście, radość, przyjaźń, a przede wszystkim miłość - to najlepsze, co człowieka może spotkać w życiu. Człowiek, który nie ofiarowuje swoich uczuć innym, sam na nie nie zasługuje. Znam jednak ludzi zamkniętych w sobie, którym trudno wyrazić własne uczucia. Nie chcą, boją się poznawać nowych ludzi, zawierać nowe przyjaźnie. Należy pamiętać, że takie osoby potrzebują pomocy i wyrozumiałości. Myślę, że dla każdego człowieka celem powinno być znalezienie prawdziwego szczęścia i miłości - gdyż to jest w życiu najważniejsze.
      Reasumując chcę podkreślić, iż niektóre prawdy życiowe, mimo znacznego upływu czasu były, są i będą aktualne w życiu ludzkości, bo należą do niezmiennych prawd moralnych - takich jak te głoszone przez duchy w II części „Dziadów” Adama Mickiewicza.

Autor pracy:Olga Strzeżek klasa 1c

Opiekun: Hanna Śmielińska






ZESTAWIENIE OSTATNICH WYNIKÓW "Złotego Pióra Głosu"
ostatnia aktualizacja 01.02.2006

...:::POBIERZ TUTAJ wykaz.rar:::...



      Nasi dziennikarze jak zwykle spisali się na medal! Oczywiście mowa tutaj o konkursie organizowanym przez Głos Szczeciński – Złote Pióro, w którym zazwyczaj nasi uczniowie widnieją w czołówce. Temat 4 etapu nie był prosty, brzmiał on: „Mój dziadek (wujek) ma pasję... Opowiedz nam o pasji swojego dziadka.”. Chyba łatwiej jest nam pisać na luźniejsze tematy np. co bym zrobił, gdybym był... o czym świadczy ilość osób (znacznie mniejsza niż poprzednio), którzy napisali prace na 4 etap. Jednak te osoby, które podjęły się wyzwania zdobyły nawet niezłe punkty co nas ogromnie cieszy. GRATULUJEMY!(Patrz zestawienie wyników powyżej).

      Najlepszy z naszej szkoły był Kamil Zieliński (kl. 3a), który zdobył 9 /10 punktów. Dlaczego praca Kamila została oceniona na więcej punktów niż inne prace? No cóż, albo to dziadek Kamila ma taką ciekawą pasje albo... to Kamil tak świetnie pisze. Więc przeczytajcie jego pracę i odpowiedzcie sami na to pytanie, bo nie mnie to oceniać :)

Relacjonuje: Kasia Napiórkowska kl.2e




" NAJLEPSZY TEKST CZWARTEGO ETAPU ZŁOTEGO PIÓRA GŁOSU "


Mój dziadek ma pasję...



       Zawsze uważałem, że starsi ludzie są co najmniej dziwni. Patrząc na nich myślę sobie, że dałbym wszystko, za możliwość bycia wiecznie młodym. Jak dla mnie, ludzie starzy dzielą się na dwie grupy: śmiesznych i denerwujących. Mojego dziadka zakwalifikowałbym to tej pierwszej grupy głównie z jednego powodu: jego dość nietypowej jak na ten wiek pasji. Jak większość osób w mojej rodzinie, mój dziadek uwielbia zwierzęta, ale on jako jedyny przejawia swoje zainteresowanie nimi w praktyce.

       Zaczęło się oczywiście niewinnie- od kolekcjonowania pospolitych zwierząt, takich jak psy, koty czy różnego rodzaju ptaki. Ale po ostatniej podróży dziadka do Australii stwierdził, że nie zaszkodzi, jeśli kupi na miejscu jakieś egzotyczne zwierzę. „No dobrze”- powiedzieliśmy-„nie ma co się przejmować, w końcu pies, dwa koty, dwie papugi, kanarek i hodowla myszy jeszcze nikomu nie zaszkodziła”- ale mieliśmy dziwne przeczucie, że dziadkowi akurat zaszkodzi. Kiedy wrócił z Australii jedynie z czarną wdową (pająkiem, nie kobietą), odetchnęliśmy z ulgą. Dziadek był bardzo zadowolony, ale od razu zapowiedział, że ma zamiar wyjechać na dalsze poszukiwania egzotycznych zwierząt. „Nie no dziadku, teraz to już chyba starczy ci ich w domu”- mówiliśmy. Dla niego żaden argument nie był wystarczająco dobry, żeby pozbawić się przyjemności stworzenia własnej arki w domu. Może rzeczywiście nie byłoby w tym nic złego gdyby nie to, że dziadek zaczął wydawać na swoje zwierzęta więcej, niż na własne utrzymanie. Jego mieszkanie składało się jedynie z jednego dużego pokoju, jednego mniejszego oraz z kuchni i łazienki. Pomyśleliśmy sobie- „w końcu sam zauważy, że nie mieści się w domu razem z tymi wszystkimi zwierzętami, albo zacznie brakować mu pieniędzy”. Jednak dziadek się nie dał! Następnym etapem w jego kolekcjonerskiej epopei była wyprawa do Ameryki Południowej. Oczywiście kiedy wyjeżdżał za granicę nie pamiętał o tym, że ktoś musi zostać z tym jego zwierzyńcem. Na dodatek, podczas swojej wyprawy o mały włos nie został ukąszony przez niezwykle jadowitego węża, a dzięki swojemu przewodnikowi uniknął ugryzienia przez tarantulę, która weszła mu do czapki kiedy spał. Mimo to dziadek nie poczuł się zniechęcony i przywiózł ze sobą sześciometrowego pytona. Po kilku dniach jego „kochany, mały wężyk” wywołał incydent z sąsiadami, do których dostał się przez otwarte okno i balkon łączący oba mieszkania. Jego „odwiedziny” najwyraźniej nie były dla nich zbyt miłe, ponieważ mało brakowało, a wnieśliby skargę. Chociaż dziadek poczuł się głęboko urażony tą „nietolerancją”, to nadal podróżował w celu odnalezienia jakichś wyjątkowych okazów.

       Jego konflikty z sąsiadami i wyprawy do odległych zakątków świata trwały jeszcze przez pewien czas, do momentu, w którym poczuł, że jest już na to po prostu za stary. Sprzedał w końcu swoje mieszkanie i przeprowadził się do domku na wsi. Może tam bez przeszkód trzymać swój zwierzyniec za ogrodzeniem. To rozwiązanie sprawiło, że jest szczęśliwy, nie ma komu przeszkadzać, a pobliski weterynarz sporo na nim zarabia. Pozytywną stroną dziadkowego hobby jest to, że jeszcze nigdy nikt go nie okradł, a negatywną to, że będziemy mieli dosyć kłopotliwy spadek.
      

Autor pracy:Kamil Zieliński klasa 3A

Opiekun: Agnieszka Czuryło-Budzińska







" NAJLEPSZY TEKST TRZECIEGO ETAPU ZŁOTEGO PIÓRA GŁOSU "


Dzień z życia słupa ogłoszeniowego



       ...”Jak dobrze wstać, skoro świt!...”. Co za rewelacyjna piosenka. Gdy się ją rano usłyszy, od razu żyć się chce! Ciekawe, kto ją puszcza. Pewnie mama. Ona lubi te klimaty...A co to? Nie mogę się rozciągnąć? Co jest grane?! Co ja taka sztywna jestem?...O mój Boże...ja...ja...jestem słupem ogłoszeniowym!!! Co za pech! Przecież jeszcze wczoraj byłam dziewczyną! Może coś źle zrobiłam, a to taka oryginalna pokuta? No nie wiem, ale na razie, póki nie znajdę sposobu na zmianę swojej postaci, muszę pogodzić się ze swoim losem…
      …Och te dziwne kartki! Ciągle latają naokoło mnie i zasłaniają mi widok na ulicę! Co za skandal. A ludzie chodzą w tę i z powrotem i nawet nie raczą na mnie spojrzeć! Ale chyba mają rację. Bo nawet nie ma na co patrzeć. Są tylko wiadomości o tych nudnych politykach i o tym, ile kto płaci za prywatny kurs angielskiego...Nuda...Chociaż w tym życiu jest jedna chwila, dla której warto tak stać cały dzień....Moja skromna „osoba” stoi na zakręcie, między przystankiem a szkołą. Jest akurat godzina, o której wszyscy uczniowie zdążają na swe ukochane lekcje. I przyjemność z tego taka, że można się troszkę pośmiać z nielubianej koleżanki albo wpatrzyć się w swój chodzący ideał, bez zbędnych świadków...O! Jest pierwsza ofiara...Magda z II F...Ha, Ha...teraz będzie miała za swoje...Muszę wymyślić jakąś zemstę, za to, co wczoraj o mnie powiedziała przy całej swojej klasie....hmmm....wiem! Niedawno jakiś człowiek, przechodząc tędy, przykleił do mnie ogłoszenie o pracy...To był chyba jakiś laik, bo dał tyle tego kleju, jakby miał przytwierdzić plakat wielkości wieloryba...No, a teraz zamiast na mnie, plakat będzie się kleił do Magdy...Ach ta moja kreatywność...no i skromność też...No! Odkleił się...a teraz musze tylko czekać aż wiatr pokieruje go we właściwą stronę...Chwileczkę...a kto to za nią biegnie? Czy...czy to Marcin?... Podły zdrajca...mówił, że jej nie lubi, a teraz się prawie do niej tuli...No, a gdzie ta...kartka...Ha, ha, ha! Dzięki ci wietrze! Od dzisiaj nie będę narzekać na wietrzną pogodę...Nikt mi nie uwierzy, jak opowiem wszystkim, że kartka, cała obsmarowana klejem, otarła się o włosy Magdy i ostatecznie spoczęła na najnowszej kurtce Marcina! Och...Jakie to kobiety potrafią być podłe...No, ale fajnie, przynajmniej poprawił mi się humor...Ale i tak, wszystko przewyższa ból, w dolnej części mojego skamieniałego ciała. Już mam dość tego stania na powietrzu i podtrzymywania tych wszystkich wiadomości, na które ludzie i tak nie zwracają uwagi. Może tak by się ktoś zreflektował i odmienił mnie z powrotem w ludzką postać?! Przecież ja muszę iść na swój ukochany język polski, który prowadzi moja ukochana pani! Chwileczkę, a może to chodzi o to, żeby wypowiedzieć jakieś zaklęcie?...Abrakadabra....Nic....Hokus Pokus....Nic...Skup się! Pani na polskim kiedyś mówiła coś bardzo mądrego...tylko co?...A wiem, trzeba tolerować wszystko i wszystkich...A do wczoraj, zupełnie nie interesował mnie ten słup, i tylko koło niego przechodziłam...Może jak zmienię swoje nastawienie do niego, to z powrotem stanę się, jakże śliczną dziewczyną...I stało się...rzeczywiście jak tylko się zmieniłam wewnętrznie, to od razu stałam się człowiekiem...To cudowne uczucie móc się rozciągnąć...Wzięłam lusterko aby się upewnić, czy rzeczywiście jestem dziewczyną i byłam...dzięki Bogu...Już miałam odejść, gdy przypomniałam sobie o biednym, samotnym słupie...Obróciłam się i uśmiechnęłam...Przeczytałam parę ogłoszeń i poszłam dalej...Wiedziałam już, że słup jest szczęśliwy...A to przecież tak niewiele, to co zrobiłam...Od tamtego dnia, codziennie chociaż przez parę minut dotrzymuję towarzystwa słupowi....Nawet napisałam o nim w pewnym konkursie, nie pamiętam jak się nazywał...A pani po przeczytaniu mojego tekstu, gdy szła ze szkoły, po kryjomu poszła przywitać się ze słupem...
      

Autor pracy:Marta Wacławik klasa II E

Opiekun: Agnieszka Czuryło-Budzińska





" NIE TYLKO DZIENNIKARZE POTRAFIA PISAĆ "


Czy warto mieć przyjaciela?



      Przyjaciel stary lub młody. Piękny czy brzydki. Niezależnie od wyglądu zewnętrznego, staje się nam bardzo bliski. Niestety, trudno jest znaleźć prawdziwego przyjaciela i tylko nielicznym się to udaje. Zgadzam się z Edwardem Everettem Hale, że „zdobycie prawdziwego przyjaciela to najlepszy dowód osobistego sukcesu w życiu’’.
      Moim zdaniem każdy z nas powinien mieć przyjaciela. Spróbuję więc to udowodnić, a także poprzeć przykładami.
      Po pierwsze przyjaciel służy jako powiernik tajemnic. Przyjacielowi możemy powierzyć wszystkie nasze sekrety. Świetnym przykładem jest to powiedzenie: ,,Przyjaciel to ktoś, przed kim można głośno myśleć’’.
      Po drugie jest świetnym towarzyszem zabaw i mile spędzamy z nim czas. Chodzimy do kina, na zakupy lub koncerty. Tak jak w „Ani z Zielonego Wzgórza”, gdzie Ania i Diana nie rozstawały się na krok.
      Po trzecie - nigdy nas nie opuści. Będzie nas wspierał w kłopotach, problemach i w chorobie. Kiedy będziemy potrzebować otuchy, da ją nam, a kiedy będziemy płakać - zapłacze razem z nami.
      Myślę, że chociaż część z was przekonałam do zawarcia przyjaźni, więc gdy nadarzy się okazja zbyt pochopnie nie odrzucajmy jej. Wniosek z tego jest taki: „Prawdziwy przyjaciel wnosi więcej w nasze szczęście niż tysiąc wrogów w nasze nieszczęście”.
      

Autor pracy:Klaudia Trzeciak IIB

Opiekun: Hanna Śmielińska







„Okiem drugoklasisty”


      Nic dziwnego, że zwykło się mówić, iż szkoła jest dla nas drugim domem - to miejsce, w którym każdego dnia przebywamy wiele godzin. Wakacje- niestety! - się skończyły. Każdy spędził je inaczej: w innych warunkach, w różnych miejscowościach. Każdy zobaczył co innego, co innego przeżył, zapamiętał. Ale okres błogiego szaleństwa i zabawy dobiegł końca wraz z rozpoczęciem roku szkolnego. 1 września zwiastował powrót do rzeczywistości: nadszedł czas męki i ciężkiej szkolnej pracy. Szkoła tego dnia wyglądała odświętnie. Wszystko lśniło czystością, podłogi pachniały płynem do mycia podłóg, a my – odświętnie ubrani – zebraliśmy się na szkolnym boisku.
      Piękna, niemal upalna, pogoda raczej nie poprawiła nam nastroju, bo tym bardziej odczuliśmy odejście wakacji.
      Jak na każdym rozpoczęciu pani Dyrektor wygłosiła powitalne przemówienie – to taki szkolny zwyczaj. Szczególne słowa były skierowane do pierwszoklasistów - odrobinę spłoszonych i zdenerwowanych, ale mimo tego podnieconych nową przygodą, jaka zapewne czeka ich w nowej szkole. Świat gimnazjalistów dla jednych jest najgorszym okresem w ich życiu, a dla drugich najlepszym, co ich w życiu mogło spotkać. Jednak pierwszy dzień w nowej szkole jest zawsze wielką niewiadomą, dlatego większość miała miny odrobinę przerażone...
      Drugoklasiści- czyli m.in. ja - bardziej pewni siebie, już nie tacy sami jak rok temu, teraz widzieli, jak wyglądali, gdy przyszli po raz pierwszy do gimnazjum.
      Chyba najlepiej czuli się trzecioklasiści - tak zwana elita szkoły. Najstarsi, więc każdy powinien ich szanować, ponieważ są najdłużej w szkole. Mszczą się na najmłodszych tak, jak mścili się na nich kiedyś starsi... to, oczywiście, żart!
      Po prawie trzech miesiącach rozłąki z klasą miło mi było znowu ją zobaczyć. Jeśli chodzi o nauczycieli, to pewnie jeszcze będziemy mieli się nawzajem dość, ale miło nas powitali tego dnia. Po otrzymaniu nowych planów i omówieniu spraw organizacyjnych zakończyliśmy pierwszy szkolny dzień.
      Jedni poszli się zaszyć w kącie swoich „czterech ścian” i zamartwiać się, co też się w tym roku szkolnym wydarzy. Inni po prostu potraktowali to na „luzie” korzystając z minionych wakacji aż do ostatniej chwili – dzwonka na pierwszą lekcję.
      

Autor pracy: Kasia Pawłowska klasa 2b

Opiekun: Hanna Śmielińska








ROK SZKOLNY 2004/2005




DZIENNIKARZE WRACAJĄ DO PIÓR


„Mój sposób na zdobycie chłopaka”


      Sposobów na zdobycie chłopaka jest wiele. Moja mama zawsze powtarzała mi , że na wszystko jest czas, że jestem młoda i życie powinnam przejść etapowo . Jednym słowem na moją wielką miłość muszę sobie poczekać. Ale jak tu czekać, kiedy moje serce rwie się do miłości, a mój obiekt westchnień choć tak blisko mnie jest, nic sobie z tego nie robi. Co mam począć? Stawać „na rzęsach”? A może udawać słodką idiotkę, która to nie umie posłużyć się dobrodziejstwem dzisiejszych czasów-komórką, a musi wykonać bardzo ważny telefon. Jest to pewnie jakaś metoda, ale ja jak mawiała moja babcia powinnam być naturalna. Nie udawać, że coś zrobię choć nie umiem, bo tylko takie kobiety coś znaczą w oczach mężczyzny.
      Mężczyzna, wielkie mi halo. Mój super men, ten jedyny wyśniony i wymarzony. Jak go zdobyć? Na pewno żadna tam gadka szmatka., pokręcenie kuperkiem, czy wciskanie jakichś tam bajek. Mój książę jest bajkowy, więc ja, jego królewna nie mogę go zawieść. Nie jest to też sposób wzięty z jakichś bajek z zawsze dobrym zakończeniem - np. miksturą na miłość. Moim własnym sposobem, wypróbowanym już od dawien, dawana jest naturalność, czyli bycie sobą. A nie jakąś lateksową lalą ze sztucznymi rzęsami aż do nieba. U mnie naturalny jest zarówno wygląd jak i charakter. A kiedy komuś podpasuje twoja osobowość – mam tu na myśli płeć przeciwną, już masz tę osobę po swojej stronie . Jakże wspaniale jest wtedy nadawać na „jednej linii”. Trzeba jednak być świadomym tego, że ten podobający się nam człowiek może nie stawiać na naturalność, a wtedy porażkę mamy gwarantowaną. Żeby tego uniknąć to po pierwsze nie dobieramy i nie zmieniamy sobie chłopaków jak rękawiczki, a po drugie szanujmy czyjeś i swoje uczucia. Nie targajmy nimi, to przecież nie jest chorągiewka, która trzepocze na wietrze pod wpływem każdego podmuchu. Śmiałość też gra nie małą rolę. Osoba nieśmiała nie przedstawi się swojej sympatii i czuje się źle, że nie potrafi się na to odważyć. To jej mocno ciąży na sercu. Nocami wylewa wiadro łez, zastanawiając się jak zrobić ten pierwszy krok, kiedy te męki się wreszcie skończą. A może wystarczyłby jakiś mały znak ze strony przeciwnej i wszystko by się ładnie poukładało. Myślę sobie, że bycie śmiałym to naprawdę wielka zaleta. Tak zwany „błysk w oku” także odgrywa ważną rolę. Jednakże stawiajmy na naturalność, to nasza baza i podstawa. Pamiętajmy, że jak nie będziemy sobą, to prawda prędzej czy później wyjdzie na jaw. Wystarczy jakieś nie przewidziane zdarzenie i wtedy zapominamy o naszej wystudiowanej pozie, stajemy się po prostu sobą. Ale i taka wpadka może mieć niekiedy wręcz odwrotny skutek. Raptem okazuje się , że te nasze normalne zachowanie jest dużo lepsze, że koledzy i koleżanki wolą nas właśnie taką, a nie malowaną lalę, jaka chciałyśmy z siebie zrobić. Nasz śmiech jest radosny, nasze dowcipy najlepsze, a my rozmawiamy z każdym chłopakiem, nawet z tym, na którego wcześniej nie śmiałyśmy nawet spojrzeć. Nie bądźmy więc sztuczne, bądźmy naturalne. Jest to przecież nasz największy atrybut . Bycie sztucznym jest czymś ohydnym. Ja nie umiem być sztuczna - przynajmniej takie jest moje zdanie o sobie i nie mogę pojąć ludzi, którzy właśnie nie potrafią być naturalni, udając kogoś kimś w rzeczywistości w ogóle nie są. Myślę, że jeszcze nie raz będziemy rozczarowani ta drugą osobą, nie raz będziemy się zastanawiać co takiego złego zrobiłyśmy, że ona nie chce z nami rozmawiać i nas unika. Takie jest po prostu życie. Ale nie ma co się załamywać. Trzeba iść do przodu, a na swej drodze na pewno spotkamy tą drugą połowę, która będzie do nas idealnie pasować. Bo zawsze jest ten ktoś , kto czeka, trzeba go tylko umieć znaleźć. A jak go już znajdziemy to koniec – wpadłyśmy jak śliwka do kompotu. I ciekawe na co go złapałyśmy !!!????
      

Autor pracy: Martyna Zając klasa 1e

Opiekun: Agnieszka Czuryło-Budzińska





„Czy życie bez reklam byłoby piękniejsze ? !”


      Mamy XXI wiek i reklamy są nieodzowną jego częścią. Każdemu wiekowi można coś przypisać, każde stulecie czymś się charakteryzowało XXI wiek to ogromny postęp techniczny, moc kataklizmów na świecie, głód szczególnie w krajach trzeciego świata i ogromna rzesza reklam. Widzimy je wszędzie: na ścianach budynku, na słupach, autobusach, tramwajach na specjalnie przystosowanych to tego celu rusztowaniach, w mediach i coraz częściej żywe, chodzące reklamy. Te ostatnie to młodzi ludzie roznoszący ulotki, poprzebierani w firmowe stroje z nadrukami reklamujące dane produkty firmy. Jest to bardzo pozytywna reklama- młodzi ludzie w taki sposób zarabiają swoje kieszonkowe. Generalnie reklama ma za zadanie zwiększyć podaż jakiegoś produktu. Nie zawsze jest to towar z pierwszej półki. Często firmy reklamują towar bardzo źle sprzedający się, chcąc w ten sposób zwiększyć sprzedaż. Najbardziej denerwujące są reklamy ukazujące się w mediach. I te reklamy mało kto lubi. Są puszczane z reguły wtedy, kiedy jest największa oglądalność, a więc w trakcie emitowania fajnego filmu, dobrego programu publicystycznego czy kabaretowego. Oglądamy film, nasze emocje sięgają prawie zenitu, a tu raptem ukazuje się reklama o proszku czy cudownych tabletkach od bólu głowy. Nasze emocje opadają i od nowa musi się wczuwać, a to już nie jest to samo.
       Są i tacy ludzie, którzy uwielbiają reklamy. Potrafią godzinami siedzieć przed telewizorami i bawić się pilotem szukając coraz zabawniejszych reklam. Bo powiedzieć trzeba ,że w chwili obecnej reklamy to prawie arcydzieła filmowe. Bardzo często występują w nich artyści filmowi tzw ludzie teatru i filmu, znani spikerzy telewizyjni, dziennikarze oraz coraz częściej możemy także zobaczyć w reklamach sportowców. Pojawienie się w reklamie znanej twarzy ma za zadanie zwiększyć sprzedaż. I tak się dzieje, bo kiedy widzimy np. zagraniczną aktorkę używającą-reklamującą np. perfumy, to pewne jest , że w najbliższym czasie sprzedaż Coco Chanel wzrośnie, bo każda z dam będzie chciała mieć na swojej toaletce ten zapach. I tak będzie z każdym towarem począwszy od mydła, pasty do zębów, a skończywszy na rzeczach bardziej ekskluzywnych takich jak samochód czy dobry motocykl. Bo reklama jest zarówno dla biednych jak i bogatych. Wszystko zależy tylko od zasobności portfela u klienta. Czy reklamy są potrzebne ? I tak i nie. Polska jest młodym krajem, jeżeli idzie o demokrację. Kapitalizm jest u nas bardzo dziwny, zachłystujemy się wszystkim tym, co na zachodzie było od dawien dawna. Małpujemy wszystko, chodź nie zawsze to nam wychodzi na korzyść. Podobnie jest z reklamami. Nie tak dawno byłam na wycieczce w kraju leżącym również nad Bałtykiem, a mianowicie w Szwecji. Piękny, bardzo malowniczy kraj z przecudowną architekturą. Kiedy przejeżdżaliśmy przez okoliczne miasta i miasteczka czegoś mi brakowało. Długo zastanawiałam się czego. I nagle doznałam olśnienia. Po drodze jak i w samym mieście nie było żadnych wielkich reklam. Jedynie witryny sklepowe informowały o towarze i specjalnej cenie, czy nowościach. Myślę, że my też kiedyś się „najemy się do bólu” reklamami” i wtedy zapragniemy mieć piękne czyste elewacje, a nie poodklejane, zwisające kawałki reklam. Na naszych trawnikach będą rosły drzewa, a nie stały rusztowania i słupy do reklam.
      Ale na to wszystko potrzeba jeszcze czasu i być może to nasze pokolenie będzie w życie wprowadzało te piękne idee.
      

Autor pracy: Martyna Zając klasa 1e

Opiekun: Agnieszka Czuryło-Budzińska





„Życie”



            Wielu sławnych i mniej sławnych
            Pisarzy pisało, to co od dziecka wiemy.
            Że życie, choć piękne, to krótkie i zdradzieckie.
            Mała jestem, wiem też mało.
            Droga długa przede mną,
            Często słyszę te słowa:
            „Nie załamuj się !!! Życie przed Tobą”
            Popatrzę na rozmówcę,
            Moja głowa pełna jest cudownych pomysłów,
            Życie to gama pełna kolorów
            Kolorów ciemnych i jasnych.
            Raz te barwy ściemnia, innym razem rozjaśnia.
            Dlatego śpieszmy się z ...
            Marzeniami, wybaczaniem.
            Przecież my tak szybko odchodzimy z tego świata.
            I choć rzeczy niszczeją,
            Zostają pozbawione duszy
            To nasze wspomnienia pozostaną,
            Nikt nam ich nie odbierze !
            Więc, skoro życie trwa tak krótko,
            To korzystajmy z niego na maxa.
            Nie rezygnujmy z marzeń,
            Dążmy celu.
            Gdyż warto żyć i z drogi życiowej nie zbaczać !!!
            

Autor pracy: Martyna Zając klasa 1e

Opiekun: Agnieszka Czuryło-Budzińska





„Ten Jedyny”



            Jesteś prześliczny,
            Jesteś wspaniały.
            Jesteś komiczny,
            Jesteś mocno kochany.
            Słowa Twoje,
            Niczym woda dla kwiata.
            Myśli twoje nie dostępne dla świata.
            I choć kryjesz w sobie,
            To, co najpiękniejsze,
            I nikt właściwie nie wie
            Jaki Ty naprawdę jesteś.
            Dla jednych mały,
            Dla drugich średni, dla mnie-wręcz olbrzymi.
            Więc pamiętaj o tym zawsze:
            Miłości trwają przez wieki.
            To ja będę przy Tobie,
            Ja odkryję Cię pierwsza.
            A nasza miłość na wieki przetrwa.

Autor pracy: Martyna Zając klasa 1e

Opiekun: Agnieszka Czuryło-Budzińska





Epilog „Śpiącej Królewny”


       Tułał się więc tak królewicz zamieniony w żabę. Rozmyślał nad swoim poprzednim życiem. Dlaczego jestem taki nieustatkowany? Tyle pięknych królewien uratowałem i dlaczego z którąś nie zostałem? Teraz mi los obrzydliwej żaby przypisany. Czy zostanę jeszcze przez kogoś pokochany?
       Tymczasem królewna myślała o swoim królewiczu. Bardzo za nim tęskniła. Była jednak mądra i chytry plan wymyśliła…
       Królewicz tułając się po łące nie zwracał na nic uwagi. Nawet na to, że wokoło zrobiło się jakoś ciemno. Nagle zdał sobie sprawę, że znajduje się… no właśnie! Znajduje się w dziobie bociana! Co ja teraz zrobię?! Myślał gorączkowo królewicz. Miał jednak ostatnie życzenie. Chciał się spotkać ze Śpiącą Królewną i powiedzieć jej, że mimo wszystko bardzo ją kocha i dla niej rzuci palenie.
       W ten sam czas usłyszał znajomy głos. Tak! To był głos…
- No jesteś wreszcie - powiedziała księżniczka.
- Przepraszam wasza wielmożność – odpowiedział bocian.
- Czy nasz to, o co cię prosiłam?
- Tak oczywiście – wyklekotał.
- To proszę bądź tak łaskaw oddać mi ją.
- Już się robi!
       Bocian nie zastanawiając się otworzył swój długi, czerwony dziób, z którego wypadła… żaba! Księżniczka na widok ropuszki tak się ucieszyła, że bez żadnego zastanowienia pocałowała ją prosto w usta i czar prysnął!
- Dziękuję ci moja królewno! Jestem twoim dłużnikiem! Co mogę dla ciebie zrobić? - zapytał królewicz.
- Ożeń się ze mną!- powiedziała królewna.
- Z wielką przyjemnością!- odparł książę.
       Jak to w bajkach bywa, wszystko kończy się dobrze i szczęśliwie. Para królewska zamieszkała wraz z siedmioma krasnoludkami i księżniczka do końca życia gotowała im obiadki. Natomiast królewicz pozbył się nałogu palenia, ale za to stał się ofiarą siedmiu krasnoludków, z którymi codziennie, o godzinie trzeciej w nocy, musiał wychodzić do kopalni po to, aby zarobić na telewizję kablową, z której codziennie po pracy oglądał transmisję z meczu Polska-Krasnoludkowo.
      

Autor pracy: Magdalena Różańska klasa 1e

Opiekun: Agnieszka Czuryło-Budzińska





Epilog „Śpiącej Królewny” 2


      Biegnący wielkimi susami królewicz nagle... Zaczął skakać. Teraz cale otoczenie wydawało mu się jakby większe. Spojrzał na swoje "ręce" i powiedział:
- Kurcze! A już myślałem, ze wiedźma zapomni o naszej umowie.
      Właśnie przed momentem piękny królewicz zamienił się w ohydna ropuchę. Spowodowane to było pewna umowa, zawarta miedzy nim a wiedźma przed laty. Polegała na uchronieniu królewien, które wcześniej zostały pocałowane przez królewicza przed złamaniem ich serc. " Gdy okłamiesz królewnę razu pewnego, w ropuchę zamienisz się mój kolego" - te słowa odnajdują swoje odzwierciedlenie w tej chwili.
      Tak, wiec królewicz - ropucha siedząc na kamieniu oczekuje pewnej królewny, która go pocałuje i tym samym uwolni go od zaklęcia. Na domiar złego dręczy go silna chęć zapalenia papierosa.
      A królewna? Królewna siedzi na swej szklanej trumnie i wypatruje księcia. Ponieważ nie jest blondynka po kilku latach postanowiła wyruszyć w pogoń za swoim księciem, nieświadoma tego, co się z nim stało.
      Królewicz, który ma coraz mniej nadziei na to, ze w swoim żabim życiu ma jeszcze szanse spotkać królewnę - wybawicielkę ( zresztą, co mu się tutaj dziwić, jeśli przez cztery lata na swej drodze nie spotkał żadnej żywej duszy), nagle... Usłyszał czyjś śpiew. Serce zaczęło mu bić szybciej. Zza drzew ukazała się dziewczyna w koronie na głowie. Królewicz cały podniecony zaczął jak najgłośniej rechotać..., Ale po chwili przestał. Uświadomił sobie, ze przed ta oto dziewczyna uciekał ponad cztery lata temu i przez to, ze ja okłamał jest teraz płazem.
      Widać było, ze królewna jest w ciężkim stanie psychicznym.
- Och, ja biedna! Kogo ja teraz będę mogła przytulać? Kogo będę mogła całować? - Mówiła zrozpaczona. Nagle, ujrzała wstrętna ropuchę.
- Chyba tylko pozostała mi ta ohydna ropucha... - Powiedziała plącząca królewna.
      Płaz zaczął z niewiadomych dla dziewczyny przyczyn, uciekać. Ta ruszyła za nim w pościg. Tak wiec w tym momencie las, który jeszcze niedawno był przykładem spokoju, zamienił się w miejsce pościgu królewny za ropucha. Królewicz - ropucha ostatkiem sil się uciekał od zawziętej królewny. Raptem ropucha potknęła się, a szczęśliwa królewna złapała ja w swoje ręce.
- Ha! Mam cię! Teraz już mi nigdzie nie uciekniesz! - Powiedziała królewna i nastawiła usta do pocałunku.
      Ropucha - królewicz zaczęła się wyrywać, ale cały wysiłek poszedł na marne. Wtem królewna pocałowała ropuchę, a po chwili przed dziewczyna stal poszukiwany królewicz.
- Mój królewiczu! Nareszcie jesteś! - Powiedziała uradowana.
- Owszem jestem, ale nie zdążyłem jeszcze zapalić, wiec poczekaj tu sekundkę.
- Zaraz, zaraz. O ile mi wiadomo, królewna, która uwolni królewicza z zywotu płaza może zażądać jednego życzenia, a ten musi je spełnić.
- Hm... - Sztucznie zastanawiał się królewicz - chyba cos takiego było... Wiec? Jakie masz życzenie? - Powiedział królewicz, któremu w tej chwili serce waliło jak dzwon.
- Chce, abyś już na zawsze został ze mną - powiedziała dziewczyna.
- Czy aby na pewno tego chcesz? - Rzekł załamany królewicz.
- Tak chce!
      I tak się stało. Tuz po ślubie królewna kazała królewiczowi rzucić palenie, a po dziesięciu latach wspólnego życia mieli dwójkę dzieci - Jasia i Małgosie i żyli długo i (zdaniem królewny) szczęśliwie...
      

Autor pracy: Ola Bielicka klasa 1e

Opiekun: Agnieszka Czuryło-Budzińska




A NAWET DO ZŁOTEGO PIÓRA GŁOSU


Moje lektury na bezsenność


      Jak dużo osób, ja również mam problemy z zasypianiem, a rano oczywiście ze wstawaniem. Kiedyś jedynym sposobem aby zasnąć był dla mnie telewizor, bo oczy mi się męczyły i powoli się zamykały, lecz od pewnego czasu to przestało na mnie działać!
      Jakieś dwa miesiące temu oglądałam pewny film aż do północy, chociaż zawsze ok. 23:00 zasypiałam. Byłam zła, bo na drugi dzień miałam wcześnie wstać, a dokładnie o 6:00! Dla dziewczyny w moim wieku (mam 14 lat) 6 godzin snu to absolutnie za mało. Pod warunkiem, że zasnęłabym od razu po zakończeniu tego filmu, ale tak się nie stało. Trzydzieści minut po północy wyłączyłam telewizor i próbowałam zasnąć, ale żaden sposób nie chciał zadziałać, ani liczenie owiec, ani słuchanie kołysanek. Po godzinie 3:00 udało mi się zasnąć z wyczerpania, ale trzy godziny później zadzwonił budzik. Czułam się, jakbym ani chwili nie zmrużyła oka. Postanowiłam, że tak być nie może. Tego samego dnia zapytałam kilka osób, jak najłatwiej jest zasnąć. Wszyscy jednogłośnie mówili mi, abym wypożyczyła sobie jakąś nudną książkę i podali mi kilka tytułów. Tak właśnie zrobiłam. Wieczorem ok. godz. 22:00 położyłam się do łóżka i zaczęłam czytać jedną z poleconych mi książek. Rzeczywiście była bardzo nudna, ale mi ani trochę nie chciało się spać. Po północy skończyłam ją czytać, bo nie była zbyt długa i poszłam do kuchni rozwiązywać krzyżówki. To też mi nie pomogło. Nie wiedziałam co mam robić. Następnego dnia miałam do szkoły dopiero na 10:05, więc mogłam spać do 9:00 i ta myśl mnie trochę pocieszała. Udało się! Po drugiej trzydzieści zasnęłam jedząc kanapki z nutellą, ale nie mogłam codziennie stosować tego, bo po 19:00 nie powinno się jeść, gdyż bym przytyła tak, że nikt bym mnie nie poznał. Rano pomyślałam, że dzisiaj wieczorem przeczytam sobie jakąś ciekawa książkę. Wiedziałam, że moja przyjaciółka Magda kupiła ostatnio książkę na podstawie której został nagrany mój ulubiony film pt. „Szkoła uczuć”. Ta książka nosiła tytuł „Jesienna miłość”. Jak tylko zobaczyłam Magdę zapytałam się czy by mi ją pożyczyła, bo wolę wieczorem przeczytać cos ciekawego niż męczyć się z jakąś nudną książką. Ona od razu się zgodziła i akurat miała tę książkę przy sobie, wiec mi ją dała. Wieczorem zaczęłam czytać i momentalnie spodobała mi się tak samo jak film. Po godzinie czytania zasnęłam. Powodem było to, że tak się rozmarzyłam, że nawet nie wiem, kiedy zamknęłam oczy.
      Uważam, że dziewczyny, które lubią komedie romantyczne i tego typu książki, tak jak ja zasnęłyby przy nich właśnie z rozmarzenia. Od tamtej pory codziennie zasypiam przy romantycznych książkach i uważam, że tak jest najłatwiej.
      

Autor pracy: Dominika Bownik klasa 1a

Opiekun: Agnieszka Czuryło-Budzińska





Najlepsze lektury na bezsenność


      „Pippi Pończoszanka”- to z pewnością jedna z książek, dzięki której na zawsze zapomnisz o bezsenności. Na pewno pierwsze skojarzenia z tytułem książki będą takie, że gimnazjalista już dawno powinien odłożyć ją na półkę. Ale tak naprawdę nieważne ile masz lat, ta lektura podobać ci się będzie zawsze. Zabawne i pełne emocji wydarzenia nie pozwolą nikomu oderwać od niej wzroku. Czytając ją nie będziesz myślał o niczym innym, tylko o tym, co wydarzy się w następnym rozdziale. „Pippi Pończoszanka” pozwoli ci odłożyć tabletki nasenne na bok. Mała, niezwykła, dziwnie ubrana dziewczynka samotnie zamieszkująca willę o nazwie: „Willa Śmiesznotka” przeżywa niesamowite przygody. Jej tato był kapitanem na statku i dziewczynka jest przekonana, że teraz jest on królem murzyńskim. Poza tym Pippi jest nadzwyczajnie silna oraz bogata i zaskakuje tym wszystkich mieszkańców miasta. Po przeczytaniu książki z pewnością na bardzo długo zapamiętacie niesamowite przygody tej nadzwyczajnej dziewczynki.
      Następnymi książkami, które rozbawią czytających do łez są wszystkie tomy o przygodach Mikołajka. Opisują one perypetie ucznia i jego przezabawnej paczki przyjaciół. Mogą zainteresować zarówno dzieci, jak i młodzież uczęszczającą do szkoły, a nawet nauczycieli. Opowiadają o uczuciach, jakie darzą do siebie te dwie grupy osób. Poza tym nauczyciele mogą dowiedzieć się, o czym ich wychowankowie rozmawiają na przerwach i lekcjach oraz co robią po szkole. Ci drudzy natomiast mogą pośmiać się z przygód, jakie przytrafiają się ich rówieśnikom, a także nauczyć się nowych zabaw, o których wcześniej nigdy nie słyszeli.
      Następna książka, którą serdecznie wszystkim proponuję będzie czymś całkowicie przeciwnym do poprzednich lektur. Jej tytuł to „Jesienna miłość”, można nazwać ją „wyciskaczem łez”. Jest to tak zwana love story, lecz przeczytać ją powinni nawet ci, którzy nie są zwolennikami tego typu opowieści. Uwierzą oni wtedy, że każdy może przeżyć prawdziwą miłość. Autor opisuje swoje własne przeżycia, więc wszystko to zdarzyło się naprawdę. A wydarzyło się wiele... Nowoczesny i pewny siebie chłopak, Landon Carter za karę za swoje postępowanie musi uczyć dzieci na korepetycjach oraz zagrać w przedstawieniu szkolnym. Jego reżyserem jest miejscowy pastor, wdowiec, samotnie wychowujący córkę, Jammie Sullivan. Dziewczyna w spektaklu gra główną rolę. Jest ona bardzo głęboko wierząca i uważa, że wszystkie rzeczy, bez względu na to czy są dobre czy złe, dzieją się z woli Bożej. W szkole nie ma wielu przyjaciół, a osoby, z którymi rozmawia to tak zwane kujony i inni „dziwacy”. Landon natomiast jest przyjacielem jednego z najpopularniejszych chłopaków w szkole. Los potoczył się tak, że dwójka tych całkowicie przeciwnych charakterami sobie ludzi musi się zaprzyjaźnić. Chłopaka wreszcie zaczynają fascynować dziwactwa Jammie i pomimo jej wcześniejszej prośby, która wydała się Landonowi absurdalna, chłopak zakochuje się w niej. Są wspaniałą parą i przezwyciężają wszystko, co staje im na drodze, a jest to np. wyśmiewanie ich związku przez rówieśników. Lecz pewnego dnia zrezygnowana Jammie oznajmia Landonowi, że jest chora na białaczkę. Chłopak załamuje się. Wie, że to ostatnie dni życia ukochanej. Postanawia przed jej śmiercią spełnić wszystkie jej marzenia. Wkrótce dziewczyna umiera, mając przy sobie dwie najbliższe osoby, ojca oraz Landona. Myślę, że przy tak smutnej, a zarazem pięknej opowieści zapomnicie o tym, co to jest bezsenność.
      Jeśli jednak nie przekonuje Was moje streszczenie i uważacie, że jest to głupia historyjka o miłości możecie obejrzeć film wyreżyserowany na jej podstawie („Szkoła uczuć”). Wtedy na pewno zechcecie sięgnąć po tę lekturę.
      Dzięki powyżej przedstawionym, wspaniałym książkom nie będziecie wiedzieć, co znaczy słowo bezsenność. Polecam, naprawdę warto je przeczytać!
      

Autor pracy: Magdalena Sobczak klasa 1a

Opiekun: Agnieszka Czuryło-Budzińska






" NIE TYLKO DZIENNIKARZE POTRAFIA PISAĆ "


Czy warto poznawać dorobek naszych przodków?



            „Nie po to przyszli. Ale po człowieka
            Przydatki próżne, którymi obrasta
            Odmienność nasza na łąkach cmentarzy
            Czy dziełem będzie, czy skargi świadectwem (…)”


      Pozwoliłem sobie przytoczyć fragment wiersza Stanisława Grochowiaka pt. „Nie było lata II”, gdyż sądzę, że w pełni oddaje to, co spędza sen z powiek archeologom…
      Archeolog to człowiek, którego zawodem jest badanie dawnej kultury, religii, obrzędu. Sposobu stawiania domów i sposobu picia herbaty…
      Archeolodzy badają najczęściej grobowce, gdyż to właśnie tam poszła spać dawna tradycja. Wszystko, co żywe, prędzej czy później trafia do piachu. Nic na to nie poradzimy. My, jako zwykli ludzie. Archeolodzy natomiast mogą tam dotrzeć. Ustalają miejsce takiego grobowca i zaczynają czynić swą powinność. Dłubią w ziemi miesiącami, aż wreszcie, nadchodzi ten dzień. Dzień chwały. Chwały dla nich i dla dawnej tradycji. Otwierają kryptę, wsadzają do środka pochodnię i na tę jedną chwilę świat staje w miejscu. Wszystko wydaje się takie piękne i niewiarygodne. Zimny wicher, zastępuje duszny zefirek. To właśnie jest ich praca. I to właśnie dlatego powinniśmy odkrywać dorobek naszych przodków.
      Spośród wielu cnót, jakimi kapie świat, archeolodzy wybrali dumę. Dlaczego? Duma, to odczucie, którego doznajemy po pomyślnym wykonaniu ważnego dla nas zadania. Dumę może czuć ojciec, gdy jego syn podejmie odpowiednią decyzję. Ma wtedy słuszność, że dobrze go wychował. Dumę, może czuć syn, gdy przyjdzie pochwalić się ojcu z osiągnięcia ważnego dlań celu. Ma wtedy pewność, że dobrze został przez ojca wychowany.
      Tak samo jest z archeologią i archeologami. Archeologia kocha swoje dzieci i chwali je, gdy te odkryją nowy przybytek. Archeolodzy, kochają swoją matką i są dumni z osiągniętego przezeń celu.
      W końcu to oni stąpają po tym grobowcu jako pierwsi, od ponad dwóch tysięcy lat.
      Gdy czar i magia grobowca pryskają. Oczom strudzonych poszukiwaczy ukazuje się złoto. Niewyobrażalne jego ilości, nasuwają im myśli o wakacjach w tropikach, wykwintnych bankietach, nowym sprzęcie do pracy. Każdy kolejny krok, przybliża ich do znalezienia się na pierwszych stronach gazet. Własne laboratoria, wspaniałe stroje, nowy odkurzacz i pralka do mieszkania. Nie. Już, nie mieszkania na trzecim piętrze z szczekającym sąsiadem i nieznośnym psem po drugiej stronie klatki.
      Teraz już rezydencji…
      Gdy emocje opadają i można spokojnie usiąść w swoim gabinecie, nadchodzą myśli. Te, które jak sądzi archeolog, powinny przyjść jako pierwsze, ale nie przyszły. Myśli o tym, że odkryli dawną, zaginioną kulturą. Myśli o tym, ile pracy musiało być włożonej w tę budowlę. I że było to kosztem masy robotniczej. O tym, że zaistniała tu zależność między panem a sługą. Nadchodzą myśli, o tym, dlaczego nie odszukuje się grobowców zwykłych ludzi…
      W końcu, archeolog wstaje. Wie, że każde rozmyślanie na taki temat, prowadzi tylko do jednej tezy.
      „Odkrywając dorobek naszych przodków, odkrywamy tak naprawdę samych siebie”…
      Sądzę, iż powyższe argumenty potwierdzają tezę, że warto poznawać dorobek naszych przodków, gdyż wtedy, choć na chwilę, można zapatrzeć się w przeszłość i zastanowić nad kruchością życia…
      

Autor pracy: Paweł Dębniak klasa 3c

Opiekun: Hanna Śmielińska






NIE TYLKO DZIENNIKARZE POTRAFIĄ PISAĆ :)


Czas


      Życie. Takie krótkie w ogromie całego czasu. Czas można by nawet napisać z wielkiej litery – Czas. Wszechpotężny, nieskończony, istniejący od zawsze, teraz i do końca. O ile ten koniec nastąpi. Czas - jest jak bóstwo. To On planuje nam życie, jego poszczególne etapy, planuje nasz dzień i każdy następny. On jeden nas ogranicza. Jest jak bóstwo, wymyślony przez ludzi, sposób Jego podziału, mierzenia, odliczania... Ale On istnieje dalej, jakkolwiek nie zmienilibyśmy Jego postaci. Tyka sobie, płynie, idzie - zawsze tym samym tempem. Przecież On się nie musi spieszyć. Jest jak bóstwo - jest wzorcem, powinniśmy brać z niego przykład. Wykorzystać Go mądrze, nie spieszyć się, aby niczego nie przeoczyć. Nie zapomnieć o nikim ani niczym. On nam podpowie, kiedy, co i jak.
      Czas. Decyduje, kiedy mamy wydać pierwszy krzyk po wyjściu z matczynego łona, kiedy mamy dorastać, kiedy przekazać swoje DNA, kiedy wychować swoje dzieci, kiedy się zestarzeć, kiedy - w końcu - umrzeć. Naprowadza nas na decyzje, które musimy podjąć prędzej czy później. Mówi nam cichutkim głosem, tak cichym , że wydaje się nam naszym własnym: „Tu masz taką drogę, tu taką, a tu jeszcze inną... Czas ruszyć w drogę, tę odpowiednią, którą wybierzesz sam.”
      Kieruje naszym życiem jednocześnie pozwalając nam samym nim kierować. Jest jak bóstwo: jest we wszystkim, a mimo to nietykalny, niemożliwy do usłyszenia, niedostrzegalny dla oka a czasem nawet dla umysłu. Kiedy przestajemy zdawać sobie sprawę z Jego istnienia, to On i tak się odezwie we właściwym momencie. Jest naszym towarzyszem, przyjacielem bądź wrogiem, wyrozumiałym słuchaczem. Ile razy przecież musi słuchać obelg na swój temat...
      Czas jest jak bóstwo: boimy się go. A raczej Jego odejścia, opuszczenia nas. Boimy się, że kiedyś minie „nasz czas”. Jest towarzyszem, do którego tak się przyzwyczajamy i przywiązujemy (nawet nieświadomie), że wydaje się wręcz niemożliwe, aby odszedł. Ale on nigdy nie odejdzie. Jest niezmienny, wieczny. Może co najwyżej spowodować nasze odejście od Niego...
      Czas jest potężny, nieugięty. Nie jesteśmy w stanie Go ani zatrzymać, ani zwolnić, przyspieszyć, cofnąć, minąć czy wyprzedzić. No! Może potrafią to pisarze książek science-fiction. Dobrze im...
      

Autor pracy: Sonja Scheibe klasa 2b

Opiekun: Hanna Śmielińska






MŁODZI DZIENNIKARZE IDĄ JAK BURZA !!!


W SZÓSTYM ETAPIE KONKURSU "ZŁOTE PIÓRO" wyróżniono pracę Pauliny Łozowskiej, która uzyskała 9 punktów na 10 mozliwych do uzyskania. Temat pracy brzmiał: Przedstaw swoją klasę Paulina zrealizowała zagadnienie bardzo ciekawie! Gratulujemy!



Droga Moniko!



      Nazywam się Paulina, chodzę do Gimnazjum nr 10 w Szczecinie do klasy I A. Jest to klasa anglojęzyczna. Nasza pani powiedziała, że w przyszłym półroczu przyjdzie do nas jakaś nowa uczennica – Monika. Poproszono mnie o przedstawienie naszej klasy, po to, byś wcześniej mogła się, choć trochę zapoznać z nowymi znajomymi.
      Na początku powiem ci, że według mnie jest to niezwykła klasa, ponieważ każdy czymś się wyróżnia. W naszej „rodzinie” jest dwadzieścia sześć osób. Gospodynią naszej klasy jest Basia. Na początku roku mieliśmy wycieczkę integracyjną. Musieliśmy od razu wybrać gospodarza. Była to ciężka decyzja, ale okazała się strzałem w dziesiątkę. Nie tylko gospodarz, ale i cały samorząd klasowy (Tomek - zastępca gospodarza i Ela - skarbnik) jest wspaniały. Mamy też bardzo dobrych piłkarzy, Michał, Staś, Paweł i Mateusz grają w różnych reprezentacjach. Oczywiście nie tylko chłopcy są uzdolnieni. Wśród dziewczyn mamy też dwie tancerki. Basia i Gosia mają wiele osiągnięć. Nie dość, że są wysportowane, to miały też wysoką średnią ocen na półrocze. Za Gosią uganiają się wszyscy chłopcy, ale ona zawsze powtarza: „Nie jestem taka ładna, nie wiem, czemu tak wszyscy myślą”. Jednak nawet dziewczyny wciąż jej to powtarzają. Mamy też parę śmieszków w naszej klasie. Mówimy na nich „Banda Wesołków”. Zawsze są uśmiechnięci. Nawet, gdy dostaną złą ocenę uśmiechają się. Są też osoby, które lubią naukę. Wolą się pouczyć lub przeczytać książkę niż odpocząć czy oglądać telewizję. Muzyków też u nas nie mało. Ola, drugi Mateusz i Ania grają na gitarach. Parę osób gra też na pianinie. Jest u nas też dużo kawalarzy, dzięki nim w klasie jest wesoło, a „Banda Wesołków” rozluźnia swym śmiechem sytuacje na lekcjach. Niestety mamy też w klasie „plastikówy”. Nie jest to obraźliwe słowo, ponieważ one wiedzą, że inni je tak nazywają. Ala, Aga i Karolina uwielbiają wszystko, co się wiąże z modą. Nie są jednak puste i parę osób je lubi, ale nie chętnie z nimi przebywa. Pozostałe osoby, czyli Piotrek, Rysiek, Wanda i Marta to luzacy. Są lubiani ze względu na swój charakter, mogą się dostosować do osób, z którymi przebywają. Jak w każdej chyba klasie mamy też leni. Krzysiek i Kuba nigdy nie odrabiają prac domowych, ale się tym wcale nie przejmują. W naszej rodzinie można też poznać śpiocha. Nazywa się Tymek i jest niesamowity. Na lekcjach śpi, a później i tak wszystko z nich pamięta.
      Na lekcjach też jest świetniej. Czasem zdarza nam się gadać, jak wszystkim. Wielu nauczycieli mówi nam na sprawdzianach, że są dla nas przygotowane inne pytania, bo jesteśmy na trochę wyższym poziomie. Nie jesteśmy klasą „kujonów”, ale chcemy mieć dobre wyniki w nauce, ponieważ część z nas już teraz myśli o przyszłości.
      Uważam, że jesteśmy tacy zgrani i wszyscy się lubimy dzięki naszej wychowawczyni. Jest naprawdę wspaniała i stara się być dla nas przyjaciółką. Myślę, że jest to dobry sposób, ponieważ teraz dorastamy i każdy w zaskakującym tempie może się zmienić. Natomiast podejście naszej pani do nas jest inne i pomaga nam się odnaleźć w nowej szkole.
      Myślę, że przedstawiłam ci naszą klasę w dobrym świetle i będziesz chciała się włączyć do naszej „rodziny” w przyszłym roku. Nie bój się tego, że my znamy się trochę dłużej. To w niczym ci nie przeszkodzi, obiecuję
      

Autor pracy: Paulina Łozowska

Opiekun: Agnieszka Czuryło-Budzińska




KOLEJNE SUKCESY

MŁODYCH DZIENNIKARZY Z GIMNAZJUM NR 10


W PIĄTYM zadaniu dziennikarskim polegającym na tropieniu zagadek tajemniczych miejsc jury wyróżniło za dobry pomysł pracę Tomka Kujawy 2a przyznając mu 9/10 punktów



Zabytek na cegły


      W dobie afer, które wciąż atakują nas ze wszystkich stron, mało kto pamięta o dawnych błędach. Szczecin także ma swój niewyjaśniony do dziś sekret- tajemnicę Teatru Miejskiego.

      Trudno uwierzyć, ale niemal do końca pierwszej połowy XIX w. Szczecin nie posiadał teatru z prawdziwego zdarzenia. Zmieniło się to dopiero, gdy niemieccy biznesmeni postanowili zasponsorować jego budowę. Pomysł zyskał przychylność ówczesnych władz miasta, które oddały na ten cel reprezentacyjne miejsce po wschodniej stronie Placu Królewskiego.

      W czasie swojej (prawie stuletniej) działalności, teatr dzielnie wytrzymywał bankructwa właścicieli, liczne remonty, problemy z dostosowaniem się do przepisów i zastoje na rynku kultury. Był jednym z ulubionych miejsc spędzania wolnego czasu zarówno przez Polaków, jak i Niemców władających Szczecinem. W dniach swej największej świetności był miejscem występów czołowych artystów europejskich, jak choćby rosyjskiego śpiewaka Fiodora Szalapina. Był miejscem wystawiania sztuk świetnych lokalnych twórców. Przykładem może być szczególnie życzliwie przyjęte przez publiczność przedstawienie „Dziewczyna z czarnego lasu” wystawione w 1938r przez Leona Jesrela, rodowitego szczecinianina, który pełnił obowiązki kapelana teatralnej orkiestry.

      Budynek cudem przetrwał bombardowania, mimo że większość pobliskich budowli została doszczętnie zniszczona. Ten niezwykły, szczęśliwy traf nie został jednak wykorzystany. Po wojnie teatr stopniowo popadał w ruinę.

      W latach pięćdziesiątych XX w. wydano szokujący rozkaz rozebrania teatru. Tak irracjonalna wiadomość nie mogła przejść bez echa. Sprawą zajęła się prokuratura, która za jedyną winną osobę uznała właściciela firmy transportowej wywożącego cegłę z rozbitego budynku.

      Kiedy poznałem tę niezwykłą historię nie mógł nie zirytować mnie fakt, że ja i moi rówieśnicy zostaliśmy na zawsze pozbawieni Teatru Miejskiego. Zadaję sobie pytania:

  * Dlaczego prawdziwi winni nigdy nie zostali odnalezieni ani skazani?

  * Dlaczego jeden z najpiękniejszych nielicznych po wojnie zabytków miasta został rozebrany na cegły?

  * Komu i dlaczego zależało na zniszczeniu chluby miasta i wyciszeniu całej sprawy?

      Nie umiem znaleźć odpowiedzi na te pytania. Może zrozumiem to z wiekiem. Boję się jednak, że sprawa ta, podobnie jak wiele innych, nigdy nie doczeka się rozwiązania.

      


Autor pracy: Tomek Kujawa kl.2a

Opiekun: Agnieszka Czuryło-Budzińska



UCZNIOWIE GIMNAZJUM NR 10

ODNOSZA PIERWSZE SUKCESY JAKO MŁODZI DZIENNIKARZE


      Od września tego roku szkolnego uczniowie pierwszych i drugich klas naszej szkoły, biorą udział w konkursie dziennikarskim „Złote Pióro Głosu” pod patronatem „Głosu Szczecińskiego”. Co miesiąc młodzi dziennikarze muszą napisać artykuł na określony temat. Zadania dotyczą między innymi przygotowania poradnika dla młodzieży dotyczącego ofert spędzania wolnego czasu, odkrycia tajemnic wybranej miejscowości , czy napisania scenariusza młodzieżowego talk show.

      Trzecie zadanie dziennikarskie okazało się szczęśliwe dla trzech uczennic klasy 1A: Pauli Bieczyńskiej, Pauliny Łozowskiej i Dominiki Bownik. Ich zadaniem był przeprowadzenie wywiadu ze swoją rodziną i odpowiedź na pytanie : Skąd pochodzą ?

      W kategorii GIMNAZJUM drugie miejsce zajęła Paula, uzyskując 9, 75 punktów (na 10 możliwych do zdobycia). Jej praca została wydrukowana na łamach „Głosu Szczecińskiego”. W kategorii CIEKAWA HISTORIA drugie i trzecie miejsce zajęły Paulina i Dominika, uzyskując po 9 punktów.

      Jesteśmy z nich baaardzo dumni i trzymamy kciuki za kolejne sukcesy! A oto opublikowana przez „Głos Szczeciński” praca Pauli Bieczyńskiej:


„Bieczyńscy od Bieczyny”


      Skąd jesteśmy? Nie każdy człowiek może na to pytanie odpowiedzieć, ponieważ nie wszyscy znają swoje korzenie, przodków i tradycje. Mnie się jednak poszczęściło. Urodziłam się w rodzinie, w której od wielu, wielu lat tradycją jest odnajdywanie jak najbardziej szczegółowych informacji o nas samych- czyli rodzinie Bieczyńskich.


      Bieczyńscy wzięli nazwisko od wsi Bieczyny znajdującej się w dawnym powiecie kościańskim. Korzenie tego rodu sięgają aż szesnastego wieku. Do najważniejszej tradycji tej rodziny należy organizowanie zjazdów. Pierwszy taki zjazd odbył się w Zbęchach w 1956 roku. Okazją tego niecodziennego spotkania było 50-lecie pożycia małżeńskiego Franciszki i Adama Bieczyńskich. Do dziś zachowało się nawet zdjęcie z tamtej uroczystości. Jest to czarno-biała fotografia na której para złotych jubilatów jest otoczona krewnymi na tle starej stodoły. Na taką uroczystość jaką jest zjazd, przybywają wszystkie osoby, w których płynie choć kropla krwi Bieczyńskich. Dnia 13.06.1998r, czyli po czterdziestu dwóch latach rozrzuceni po całym świecie członkowie rodu spotkali się na dawnej ziemi swoich ojców. W tym dniu również ja, czyli Paula Bieczyńska byłam uczestniczką zjazdu. Miałam wtedy zaledwie 7 lat i do tej pory pamiętam wiele miłych zdarzeń z tej uroczystości. Organizatorem tego zjazdu był mój dziadek Marian Bieczyński oraz wujek Antoni Kadziak, mąż Gertrudy z Bieczyńskich. Znów zebraliśmy się w Zbęchach i jak niemal przed półwieczem stanęliśmy do fotografii przed drzwiami stodoły. Tym razem było już nas o wiele więcej. Następnie udaliśmy się do Lubinia na Mszę Świętą w intencji zmarłych, jak i żyjących z rodziny Bieczyńskich. Na drzwiach do zakrystii w tym kościele znajduje się herb mojej rodziny. Po mszy. św każdy z nas złożył pamiątkowy podpis w Księdze pamiątkowej kościoła. Później odwiedziliśmy groby rodzinne na Cmentarzu Parafialnym w Lubiniu. Potem w sali ludowej w Łagowie zasiedliśmy do wspólnej uroczystej kolacji. W czasie zjazdu towarzyszyło nam również wiele atrakcji m.in. przejazd bryczkami po okolicach Łagowa. Nadal trwają poszukiwania jeszcze dokładniejszych informacji na temat rodziny Bieczyńskich. Moja rodzina posiada również swój herb, którym jest Łódź oraz własne drzewo genealogiczne, które jest ciągle uaktualniane. Za cztery lata do obowiązku mojego taty Adama Bieczyńskiego przypadnie zorganizowanie następnego zjazdu. Już z niecierpliwością czekam na ta chwilę, ponieważ taki zjazd pozwoli na poznanie się nam jeszcze bliżej i zacieśnienie węzłów rodzinnych. Kolejną osobą, która zorganizuje zjazd będę ja czyli pierworodna córka Adama Bieczyńskiego. Informacje na temat pochodzenia rodziny mojego taty są udokumentowane i w pełni prawdziwe.


      Historia rodu mojej mamy jest również bardzo ciekawa. Nazwisko panieńskie mamy brzmi Poniatowska, czyli płynie w niej parę kropli królewskiej krwi. Do tradycji rodu Poniatowskich należy dziedziczenie imienia Józef. Mój prapradziadek, jego syn i mój dziadek nosili to samo imię.


      Historia mojej rodziny według mnie należy do jednej z ciekawszych. Myślę, że mało rodzin posiada takie informacje o swoich przodkach, jak ja. Jestem bardzo szczęśliwa, że posiadam taką rodzinę i, że płynie we mnie szlachecko-książęca krew.


Autor pracy: Paula Bieczyńska

Opiekun: Agnieszka Czuryło-Budzińska





Poniżej publikujemy inne prace nagrodzone lub wyróżnione w konkursie "ZŁOTE PIÓRO"


Skąd jesteśmy?



      Jest to trudne pytanie, ponieważ każdy z nas ma inne spojrzenie na świat i każdy może zrozumieć to pytanie w inny sposób. Moja rodzina zinterpretowała to zagadnienie następująco: Kto nas stworzył? Czy historia o Adamie i Ewie jest prawdziwa? Czy wierzyć historykom? Najpierw zapytałam się mojej babci, co ona o tym myśli. Wyłożyła mi cały referat. Niewiele z niego pamiętam, ale wiem, że powiedziała, że jest wiele hipotez i różnych odpowiedzi na to pytanie.


      Pierwsza to prawda religijna, że Bóg stworzył Adama i Ewę, a oni zaludnili cały świat. Druga – historyczna, że ludzie wywodzą się od małp. Z upływem czasu byli coraz bardziej wyprostowani, a ich mózg rozwijał się szybciej niż innych stworzeń. W ten sposób doprowadzili do powstania nowego rodzaju z gatunku ssaków – ludzi. Natomiast ostatnią hipotezą było powstanie ludzi zgodnie z mitologią. Jednak jest to według mnie po prostu bajka


      Moja babcia jest chrześcijanką i wierzy w Boga, lecz trudno jest jej powiedzieć, którą hipotezę ma uznać za prawdziwą. Jednak, gdy już miałaby koniecznie wybrać to wskazałaby historyczne powstanie ludzkości. Czasem aż się nie chce wierzyć, że Bóg tak po prostu „pstryknął palcami” i powstali ludzie. Bardziej realna jest teoria historyków, ponieważ istnieje wiele naukowych dowodów, które na to wskazują.


      Natomiast moja mama odpowiedziała jednoznacznie. Teoria Darwina. Na początku nie wiedziałam, co to znaczy. Skojarzyło mi się to z jakąś zmianą, ewolucją. Mama później mi to wytłumaczyła. Jest to zjawisko przeobrażeń, zmian, rozwoju, przechodzenie od form prostszych w bardziej złożone lub doskonalsze. Może to mieć również inne znaczenie - biologiczne. Jest to proces stopniowego różnicowania się organizmów w obrębie jednego gatunku, dający początek nowym gatunkom, lepiej przystosowanym do warunków środowiska. Ostatnie znaczenie pochodzi z socjologii-łagodne, rozciągnięte w czasie przechodzenie od niższych, prostszych form organizacji życia społecznego, do wyższych, bardziej doskonałych; przeciwieństwo rewolucji. Nie skojarzyłam, co ma to wspólnego z pytaniem: Skąd jesteśmy? Dopiero później zrozumiałam, że tu też chodzi o ewolucję człowieka od małpy do myślącego homo sapiens, o czym mówi teoria Darwina.


      Tak odpowiedziała moja rodzina i ja też mam podobne zdanie. Jednak inni ludzie mogą mieć różne poglądy i nie zgadzać się z tym, co napisałam. Są jeszcze na naszej kuli ziemskiej plemiona, które nadal wierzą, że ich bóg lub bóstwo stworzyło ludzkość i jeżeli się mu sprzeciwią to umrą. Jest wiele osób o takich wierzeniach, dlatego na pytanie: Skąd jesteśmy? nie możemy odpowiedzieć jednoznacznie za wszystkich mieszkańców naszego świata.

      

Autor pracy: Paulina Łozowska

Opiekun: Agnieszka Czuryło-Budzińska





Skąd jesteśmy?


      Trudno odpowiedzieć na pytanie skąd jestem, ponieważ moja rodzina pochodzi z wielu krańców Polski. Moi pradziadkowie ze strony mojego dziadka, czyli ojca mojego taty pochodzą z Lubelszczyzny nad Wisłą. Mieszkali tam 100 lat, a prawdopodobnie jeszcze dłużej. Kiedyś ludzie nie migrowali tak często jak dziś. Kilka lat temu byłam tam z rodzicami. Te wiejskie nadwiślańskie krajobrazy woj. lubelskiego wyglądają może skromnie, lecz są piękne i bardzo ciekawe. Będąc tam wybrałam się na cmentarz i zauważyłam, że na wielu nagrobkach widnieje moje nazwisko.

      Przodkowie mojej babci pochodzą z dawnego woj. poznańskiego. Tam właśnie teraz mieszkają moi dziadkowie, więc często tam bywam. Żyją w Ostrowie Wielkopolskim. Niedaleko niego znajduje się Dębnica. Jest to miejscowość rodzinna mojej babci, śliczna wioska. Na jej terenie znajduje się sztuczny zbiornik wodny, z którego jest wypuszczana woda na zimę. Nigdy jeszcze nie wysiadałam z samochodu w tej miejscowości. Za każdym razem tylko przez nią przejeżdżam, jadąc do Antonina do cioci mojego taty. Ta wieś ma piękny pałacyk, w którym kiedyś rozgrywała się akcja serialu młodzieżowego „Maszyna zmian”. W tym pałacyku myśliwskim grywał Fryderyk Chopin. W Antoninie znajduje się także sztuczny zbiornik wodny. Każdego lata tam się kąpię. Natomiast przodkowie mojej mamy pochodzili z Bełza nad Bugiem. Niestety, nigdy tam nie byłam i nie wiem, jak wyglądają tamte krajobrazy. Dziadkowie z tej strony mieszkali w Barlinku, niedaleko Gorzowa Wielkopolskiego. Barlinek jest cudownym, niedużym miastem. W jego centrum znajduje się śliczny rynek. Na jego środku stoi fontanna. Otaczają go liczne kamieniczki oraz piękny, stary kościół. Oprócz tego jest w Barlinku jeszcze jeden kościół i to właśnie w nim moi rodzice wzięli ślub. Nieopodal rynku jest piękne jezioro. W tym miasteczku mieszka moja ciocia i wujek. Niestety rodzice mojej mamy już nie żyją, lecz odwiedzam ich groby na pobliskim cmentarzu. Najładniej wygląda on wieczorem, w dniu wszystkich świętych.

      Mój tata urodził się w Miastku, ale całe swoje dzieciństwo spedził w Korzybiu, małej miejscowości niedaleko Słupska w woj. Pomorskim. Jego rodzice pracowali w tamtejszej szkole. W sumie moi rodzice pochodzą z Pomorza, tylko że mama z zachodniego, a tata ze środkowego. Ja urodziłam się w Słupsku i spędziłam tam pierwsze cztery lata swojego życia. W 1995 r. Przeprowadziłam się do Szczecina, a obecnie mieszkam w Mierzynie.

      Skąd jesteśmy? Moi rodzice, siostra i ja pochodzimy z Pomorza; tu się urodziliśmy, tu chodziliśmy do szkół, tu mieszkamy, tu pracuje moja mama, tu się najlepiej czujemy i tu wracamy po letnich wojażach po Polsce.

      

Autor pracy: Dominika Bownik

Opiekun: Agnieszka Czuryło-Budzińska



      
SZCZĘŚCIE

Ta otchłań przede mną-to życie.
Ta głębia-to żal.
To wszystko, co widać...
Jednak są białe plamy,
Dostrzegasz je dopiero, gdy je mijasz,
To jest szczęście...
Promień słońca w twoim szarym życiu,
Moment ukojenia na drodze,
Pełnej cierpienia...
To właśnie jest szczęście...
Inna

MÓJ AUTOPORTRET

Jeżeli o mój autoportret chodzi,
Niewiele ten temat się rozwodzi.
Mam brązowe oczy, jestem dość wysoka,
Ciemny blond włosy-żadna czarna sroka!
Mam swoje wady, również parę zalet,
Do plastyki nieduży talent.
Potrafię być troszkę obrażalska,
Jestem czasami zbytnio pytalska.
Uczę się nieźle, nawet bardzo dobrze
I nie zawsze postępuje mądrze...
Myślę, że czasem solidarna,
Żadna ze mnie koleżanka marna!
Uwielbiam objadać się słodyczami
I gdy je widzę „świecę” oczami.
I to jest mój autoportret cały,
Być może troszeczkę za mały...
Ale oceniać siebie nie lubię
Bo zawsze się w tym gubię!

Sandra Bartel kl. I e

JESIENNY CYTAT

Pewnego dnia zawitał Wrzesień,
Przyniósł Polsce piękną jesień.
W Listopadzie jest ponuro,
Smutno, mokro, szaro – buro...

Wszystkich Świętych, Zaduszki i Dzień Niepodległości,
Przy grobach zmarłych gromadzi się wiele gości.
Wspominamy dzieje dawnych żołnierzy,
I każdy, że trafili do nieba wierzy...

Na dworze zrobiło się kolorowo,
Liście spadają, lecz urosną na nowo.
Niebo się skryło pod szarymi chmurami
Długo nie wyjdzie, wiecie to sami...

Cytat jesienny brzmi tak właśnie:
„Kiedy przyjdzie jesień, to wszystko gaśnie”.
Lecz gdy Polska wiosnę wita,
Wszystko się budzi, rośnie, rozkwita...
Sandra Bartel kl. Ie

„ SZKOLNA JESIEŃ “

Już zadzwonił pierwszy dzwonek,
I odleciał skowronek.
Dzieci z krzykiem do szkoły wbiegają ,
I do ławek zasiadają.
Smętnie patrzymy na tablice, kiedy pani wywołuje uczennicę.
Gdy jesteśmy na informatyce,
Zapominamy o matematyce.
W sali od j. polskiego wiszą widokówki,
Przedstawiają one różne obrazki np. krówki.
Przeminęły wakacyjne przygody,
I rozpoczyna się prognoza pogody.
W prognozie ochłodzenie się zapowiada,
Bo kolorowa jesień po cichu się skrada!!!

Powróciliśmy już do szkoły,
Ponieważ rozpoczął się wrzesień.
Patrzymy na krzewy, drzewa,
Jak lato przemienia się w jesień!!!

Klaudia Trzeciak kl. Ib, Magdalena Różańska kl. Ie